Pokazywanie postów oznaczonych etykietą restauracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą restauracje. Pokaż wszystkie posty
Tiki Green Bar, Olivia Garden Gdańsk

wtorek, stycznia 25, 2022

Tiki Green Bar, Olivia Garden Gdańsk

Mamy już prawie koniec stycznia, i muszę Wam napisać jak bardzo brak mi słońca, a przede wszystkim o tym, że tęsknię za spacerami po ogrodach pełnych kwiatów i bujnej zieleni. Myślę, że na to pierwsze mogę liczyć całkiem niedługo. ;) Wiosna tuż tuż. W takich chwilach oczekiwania, idealnie byłoby się przenieść w cieplejsze klimaty. Tropiki to już chyba marzenie nieosiągalne (nie przepadamy za długimi lotami). Ale moment! Myślę, że wiem co może być trafnym wyborem na takie chłodne, i szare dni dla Ciepłolubnych. Szczerze polecam miejsce, gdzie odnalazłam przyjemne uczucie ciepła, a jednocześnie przeniosłam się ciałem i duchem w bardzo egzotyczny, zielony ogród... Olivia Garden - Tiki Green Bar. 
No i już prawie bym napisała, że w artykule będzie zielono i cieplutko, że klimatycznie będzie. Że o jedzeniu dziś nie będę pisała, bo przecież zawsze kieruję się w wyborze wszystkiego zmysłem wzroku, i wizualizacją, a za jedzeniem przecież aż tak bardzo nie przepadam... Ale Was dzisiaj zaskoczę, bo jakiś czas temu w rodzimej Polsce (w Gdańsku) odnalazłam więcej niż tylko fajny ogród, i przytulny lokal i smaczny bar. Miejsce jest znakomite pod każdym względem, dające swobodę przebywania, a jednocześnie fajnie się tu czujesz, ze względu na dobrą obsługę. Tu możesz spotkać się z przyjaciółmi i po prostu usiąść. Lub chodzić i oglądać rośliny, fotografować. Jeśli właśnie po to przyszedłeś, to gwarancja zdjęć pełnych roślin będzie zapewniona.
Nie proponowałabym tylko na tym poprzestać! Polecam tu przede wszystkim smacznie zjeść. Jest to również dla mnie bardzo zaskakujące, ponieważ ja osobiście przyzwyczaiłam się, że gdy potrawy są ciekawie podane, i 'podkoloryzowane', to niekoniecznie idzie to w parze z dobrym smakiem. Tutaj w kuchni jest kolorowo, oryginalnie i to MI smakuje. Co więcej, to jedzenie smakuje też mojemu mężowi, a i także mojemu synowi. ;) Tiki bar posiada ciekawe menu, ze zdrowymi orientalnymi smakołykami, zupami pełnymi warzyw, deserami owocowymi (także w wersjach z procentem), oraz kartę dobrze skomponowanych koktajli alkoholowych i napojów bezalkoholowych.. Są miski orientalne w różnych wersjach kontynentalnych (chodzi oczywiście o to, co w misce do zjedzenia). My przybyliśmy do Olivia Garden dopiero popołudniu, więc na śniadanie już się nie załapaliśmy. Ale w karcie są także pyszne śniadanka. No i oczywiście pożywne lunche, i słynne buły. 
To wszystko jest tak pyszne, i świeże, takie wartościowe. Gdybym mieszkała w Gdańsku, byłabym stałą bywalczynią Tiki Green Bar, właśnie dla tego jedzenia. Podoba mi się cały zamysł ogrodu i lokalu gastronomicznego, sposób podania, smaki, barwy i ta natura, która została odpowiednio dopasowana, do pozostałości. A może odwrotnie? Wszystko co jest tu sztuczne - niektóre elementy wyposażenia, cały budynek - to na pewno tylko otoczka. Lokal podzielony jest na kilka stref, są drewniane podesty, na których odbywają się różne 'posiadówki, spotkania, treningi, wykłady. 
W innej strefie można się zrelaksować - w ratanowym fotelu, lub też na piętrze w fotelu masującym, w którym uciska, masuje, faluje, itp, itd. Na antresoli jest też stół konferencyjny, i z przeznaczeniem wifi i audio. No i oczywiście bar, gdzie można dokonać odpowiedniego wyboru ;). I to jest fajne. Można poprosić o modyfikację potrawy, czy napoju (np. dla dziecka). Nikt się nie dziwi temu, barman widzi w tym 'pole do popisu'. Klient i barman są zadowoleni. A najważniejsze, że uradowani są też Ci, którzy wchodząc tu, przyszli w sumie tylko z ciekawości. Więc chce się tu przebywać dłużej, jeszcze dłużej... aż do wieczora.
Ale wróćmy do samego miejsca (lokalu), bo ono oczarowało mnie najbardziej. Zresztą pozwoliło mi się odprężyć. Siedzenie w tej olbrzymiej przestrzeni, z wysokim sufitem, i w całym tym oszklonym wnętrzu, odpoczywanie, słuchanie muzyki i dźwięków natury w ratanach, wśród drzew egzotycznych, wzrastających wysoko ponad głową - co jest przede wszystkim wynikiem zaklimatyzowania tej roślinności w odpowiednio dostosowanych, ocieplonych wnętrzach, przez ostatnie dwa lata, to wygoda cielesna i przyjemność dla duszy. Polecam każdemu! Aby czuć się komfortowo, proponuję ubrać lekkie ubrania - tutaj jest wręcz tropikalnie! 
U nas oczywiście decyzja o wizycie w Olivia Garden była bardzo spontaniczna. Przybyliśmy tu dokładnie dwie godziny po tym, jak przejeżdżając przez ulicę Grunwaldzką w Gdańsku, wypatrzyłam ten ogromny gmach zieleni, wśród migających w oknie auta kwadratów z betonu, centrów handlowych i biurowców... Więc znaleźliśmy się tutaj w porze obiadowej. Początkowo całe to zielone 'zjawisko' bardzo mnie zaskoczyło. Mój syn, oczywiście, widząc tropikalną ofertę karty Tiki Green Bar i czytając te wszystkie nazwy w menu, nie był zbyt chętny na próbowanie zielonych smaków. Ciepło też nie wpłynęło na jego chęć pozostania tutaj. Jednak zaraz po tym jak zaserwowano Mu 'lemoniadę', i jak zdjął wierzchnie ubrania, nawet polubił klimat miejsca. Posmakował najlepsze rarytasy. 
Potem zainteresował się roślinami, które w jego odczuciu, były ogromne (oczywiście są sporych rozmiarów). Tak naprawdę najwyższe mają na moje oko po 10 metrów. Wiele jest odmian, gatunków, m.in palm, są bananowce, drzewka tropikalne, kwiaty. Mnie zaciekawił kwitnący fiskus, białe cantedeskie, czerwone, błyszczące anthurium i oczywiście hibiskusy, oraz duże kaktusy. Wszystko to sprowadzono aż z pięciu kontynentów, na powierzchni 800 m kwadratowych. Drzewka ponoć dość mocno rozrosły się wzwyż i wszerz od momentu zasadzenia ich. Niektóre już kwitną, kolejne obłożone są owocami, m.in. papaya. Myślę, że Olivia Garden odwiedzimy jeszcze kiedyś, a z pewnością zajrzymy też na taras widokowy Olivia Star, który ponoć jest kolejną atrakcją Olivia Centrum w Gdańsku. 

Mozart Dinner Prague - our 4-year anniversary

niedziela, stycznia 12, 2020

Mozart Dinner Prague - our 4-year anniversary

Pomiędzy jednym a drugim Nowym Rokiem z klasyką się nie rozstawaliśmy ani na chwilę. Dokładnie rok temu czas naszej rocznicy ślubu spędzaliśmy w przepięknym Wiedniu, o czym Wam pisałam w poście - Salon Sacher 3-year anniversary. Tak, jak wówczas naszej randce towarzyszyła klasyczna muzyka z gramofonu, tak i przez cały rok do naszej kolekcji muzycznej przybywały różne płyty winylowe do kupionego 'pod choinkę' w roku ubiegłym adapteru gramofonowego.
Ponieważ mój mąż uwielbia muzykę Mozarta, w dużej mierze to właśnie ta muzyka raz na jakiś czas rozbrzmiewała w salonie w naszym domu. Do tego stopnia, że porządnie rozkochałam się w twórczości tego geniusza muzycznego, i tym chętniej nabywałam nowe winyle.. Dodatkowo przysłałam z Polski swoją kolekcję muzyki klasycznej na cd, więc na odpowiednie okazje mieliśmy niezły wybór muzyki spośród 30 płyt wielkich kompozytorów (w tym Mozarta).
Chyba nie ma bardziej romantycznej i zarazem kulturalnej stolicy europejskiej od Pragi. Mieliśmy okazję przekonać się o tym na przełomie Starego i Nowego Roku. O magii zimowych miast europejskich pisałam Wam w poprzednim poście KLIK. Wizyta w Pradze to dla mnie i dla mojego męża kolejna piękna rocznica ślubu. Postanowiliśmy sprezentować sobie wyjątkową kolację w zabytkowej sali balowej Boccaccio przy muzyce operowej Mozarta.
Zanim jednak dotarliśmy do Grand Bohemia Restaurant, gdzie miał się odbyć, zwiedzaliśmy aż cztery wspaniałe Muzea. Praga to takie miasto, że każdy znajdzie coś dla siebie, zarówno dorośli jak i dzieci, a fajne jest to, że nawet w tak dostojnych miejscach jak ta wytworna restauracja nie obowiązuje strój wieczorowy, a średnio elegancki. Tak więc godzinę przed planowanym kolacjo-koncertem mogliśmy jeszcze swobodnie się przygotować i ruszyć na ten 2,5 godzinny program do samego serca Starego Miasta.
Chcę Wam napisać o tym wyjątkowym wydarzeniu, którego obawiał się mój mąż ze względu na obecność naszego synka - wydawało się Mu, że to może nie być odpowiednie miejsce dla całej naszej trójeczki. Ja wręcz przeciwnie, wiedząc jak Alexander chętnie słucha muzyki klasycznej w domu, ale też jak spodobała Mu się w Łazienkach Królewskich w Warszawie, byłam pewna, że cudownie będziemy się bawili. 
Kolacja zaserwowana jest właśnie też dla dzieci od sześciu lat, no i oczywiście dla dorosłych. Podawana jest wersja dla dorosłych, ale też druga dla dzieci. Oczywiście podstawą jest przepięknie podana kolacja składająca się z trzech dań kuchni czeskiej i austriackiej oraz z drinka powitalnego ze starterem - pieczywo tuz przed rozpoczęciem pierwszego koncertu. Jednak to muzyka w tle sprawia, że jedzenie nabieraja wyjątkowego smaku.

Menu Boccaccio:

Zupa Grochowa z grzankami z masłem
Menu dla dziecka: bulion wołowy z warzywami i z domowym makaronem
Menu vegetariańskie: jak wyżej w pozycji dla dorosłych

Ostrze wołowe z sosem z czerwonego wina i puree selerowo ziemniaczane
Menu dla dziecka: Mini samorodki kurczaka z ziemniakami na parze i marchewką na maśle
Menu wegetariańskie: Domowe gnocchi ziemniaczane w kremowym sosie paprykowym z pieczonymi warzywami

Strudel jabłkowy domowy z sosem waniliowym z migdalami i z truskawkami


Trzyczęściowy program koncertowy odbywa się pomiędzy poszczególnymi daniami przy zapalonych świecach. Wykonywany jest przez zespół Amadeus Prague złożony z dwóch śpiewaków operowych kobiety i mężczyzny z czeskich oper (spośród czterech występujących regularnie) oraz z pięciu instrumentalistów z Prague Radio Symphony Orchestra. W programie najsłynniejsze arie i duety z oper Mozarta - Don Giovanniego (premiera w Pradze 1787 rok), Wesele Figara, Czarodziejski Flet.  Program jest tak ułożony, aby 'zasmakować' najlepszych utworów Mozarta. Rewelacyjne wykonanie - pięknie śpiewająca sopranem diwa oraz wirtuoz śpiewak wspaniale oddający muzykę także gestykulacją.. ubrani w kostiumy z epoki. Uwielbiam operę, szczególnie za oddanie (również w zabawny sposób) muzyki.

Koncert Mozarta

Pierwsza część koncertu:
Don Giovanni
Aria Leporella - Notte e giorno faticar
Duet Zerlina i Masetto - Giovinette che fate l´amore
A Little Night Music - Allegro
Aria Zerlina - Batti, batti o bel Masetto
A Little Night Music - Romance
Duet Giovanni i Zerlina - La ci darem la mano

Druga część koncertu:
Słynne Opery Mozarta
Aria Figaro - Non piú andrai, z The Marriage of Figaro
Aria Cherubino - Oh che cheete, z The Marriage of Figaro
Divertimento D-Dur - Allegro
Aria Don Giovanni - Finch´ han dal vino, od Don Giovanni
Divertimento D-Dur - Presto
Duet Susanna and Figaro - Tutto é tranquillo… Tempo, tempo, z The Marriage of Figaro

Trzecia część koncertu:
Czarodziejski Fllet
Divertimento B-Dur - Allegro di molto
Duet Papageno and Pamina - Bei Männern welche Liebe fühlen
A Little Night Music - Menuetto
Aria Pamina - Ach ich fühl's
Aria Papageno - Ein Mädchen oder Weibchen
Duet Papageno a Papagena - Pa-pa
My rezerwowaliśmy kolację Mozarta przez stronę Tripadvisor. Zaznaczam, że nie jest to wpis sponsorowany, jednak postanowiłam Wam o tym napisać, ponieważ uważam, że była to najwspanialsza jak do tej pory nasza rodzinna kolacja. Ceny są różne w zależności od miejsca w sali balowej. Wymagane jest aby rodziny, dzieci od 6 lat obecne na kolacji miały zarezerwowane miejsca na balkonie. (tutaj cena jest wyższa).
Dla nas to było idealne miejsce, szczególnie, że menadżer przydzielił nam najlepszy balkon z widokiem na wprost sceny operowej, a do tego trafione na trzecią część koncertu, kiedy śpiewacy wykonywali występ na piętrze dosłownie na wprost nas! Była dobra atmosfera, nie sztywna. Były oklaski i był też śmiech, machania rękoma i naprawdę rozbawione towarzystwo - także uradowany nasz synek. Znakomite wykonanie i wrażenia, jakie pozostaną do kolejnej opery...
Boccaccio Balroom - Sala Balowa Boccaccio mieści się w poddziemiach Hotelu Grand Bohemia i została zbudowana w stylu neo-rokoko razem z hotelem w 1927 roku. Uznana za jedną z najlepszych w Pradze dawniej gościła dostojnych gości, odbywały się tutaj koncerty i kolacje dla wyższych sfer społecznych aż do początku ery komunizmu. Matki na wieczornych harbatkach przedstawiały swoje córki na zamążpójście, a w nocy panowie bawili się tutaj w klubie nocnym. Specjalne miejsce, wraz z rodziną miał tutaj zarezerwowane Prezydent Czechosłowacji.


Obecnie odbywaja się tutaj uroczystości a także konferencje. Sala balowa została tak zbudowana, aby miała też odrębne wejście od hotelu, by goście hotelowi nie mieli hałasu i by nie docierał do ich pokoi smog wypalanych papierosów i cygar. Poza tym jako jedyna z całego kompleksu zachowała swoją oryginalną formę budowy i zdobień. Wykonana ze sztucznego marmuru, kryształów czeskich i złota, udekorowana unikatowymi zdobieniami. 


wzdłuż Młynówki - na pierogi

sobota, marca 23, 2019

wzdłuż Młynówki - na pierogi

My Polacy bardzo mocno jesteśmy przekonani o różnych swoich kulinarnych tradycjach, i tak zapewne jak Europejczycy nazywają nas narodem 'wódką płynącym', tak sami mówimy, że Polska to Kraj pierogów. Co do pierwszego z własnego doświadczenia mogłabym się nie zgodzić, bo jestem pewna, że Polacy wolą dobre polskie (i często niemieckie) piwko sobie łyknąć, a polski niż społeczny raczej w tanich winkach gustuje. Jeśli chodzi o to drugie, ja za wszystkimi pierogami nie przepadam, a że Polska słynie z pierogów to oczywiste jak świat światem, bo my po prostu lubimy mącznie gotować i baaa, lubimy też zjeść do syta. A taki Anglik woli whiskey, a do tego gotowca na obiad sobie zamówić w szybkim barze, lub żonka suchy obiadek zaserwuje, chipsy ziemniaczane i kawał mięska z suchym groszkiem bez smaku.. Nie wrzucając wszystkich do jednego worka zdarzają się wyjątki, jak w każdym kraju i domu. No więc - po dobre i syte, a do tego różnorodne pierogi zapraszamy do Polski. A gdy z jakiś powodów się nie chce gotować, bo urlop, bo zmęczenie, bo nie umiem, bo., to w Polsce jest tyle wspaniałych restauracji, że głodni nie wyjdziemy. A do tego jak pięknie, nastrojowo i po prostu z klimatem zjemy!
Pierogi. Chyba każdy kojarzy je z kuchnią staropolską. W Polsce bowiem znane były już wiele, wiele lat temu. Jedni mówią, że polskie a inni, że z Ukrainy 'przywędrowały'. Ale pierogi, czyli zlepiane, zwijane mączne ciasto z nadzieniem pochodzi z Chin. Tak, dokładnie. Nie wypiera to jednak faktu, że jak Wam napisałam powyżej Polacy kochają zjeść mącznie i co więcej są bardzo pracowici, nie boją się rąk 'umoczyć' podczas różnych prac. Więc jako przystawka taka krótka historia, wprost z mojego rodzinnego miasta jakże kiedyś rozwiniętego przemysłowo, jak pięknego, gdzie dziś stara się wydobyć ze starych kamienic tradycję dawnych lat. Zabieram Was na smaczne tradycyjne jadło, i na kolejną wycieczkę po Wyspie Młyńskiej w Bydgoszczy, którą jeśli tutaj przyjedziecie musicie koniecznie odwiedzić, bo to symbol tego miasta, miejsce intensywnej pracy ludzi, a także twórczości rzemieślników, po których pozostały ślady aż do teraz. Spichrze, stare fabryki, budynki po Młynach Rothera. Pomiędzy Brdą, a Młynówką jest wyspa będąca niegdyś ośrodkiem handlu zbożem i drewnem. Dziś to taka Wenecja Bydgoska.
Dziś nie działa na niej przemysł, a Wyspa raczej pełni funkcję wypoczynkową, jest zielono i przyjemnie a w sezonie odbywają się tu różne imprezy, dla dzieci jest plac zabaw. Bydgoszczanie z szacunkiem podchodzą do tego miejsca. Dążąc do zachowania tradycji dołożono starań, aby uwiecznić charakter Wyspy Młyńskiej. Muzea na Wyspie, a po drugiej stronie Młynówki na ulicy Długiej zabytkowy tramwaj, i aż po ulicę Poznańską szereg restauracji i kawiarni - zawsze nawiązują do historii tego malowniczego miejsca. Podczas naszych krótkich urlopów w Polsce zawsze tu wracam. Odkrywam nowe miejsca, przyglądam się starym budynkom, i nie za każdym razem mam możliwość odwiedzić wszystko, więc dozuję...
Kilka spraw, parę formalności w Urzędzie Miasta i obowiązkowy wręcz (ulubiony) spacer wzdłuż Młynówki. Tak właśnie z południa zrobiło nam się popołudnie i pora obiadu. Do odlotu jeszcze kilka godzin, więc warto gdzieś się zatrzymać. Tym razem mimo przyjemnej słonecznej pogodny mieliśmy naprawdę chłodny dzień, więc przechodzimy kilka przecznic i docieramy do restauracji, którą widzieliśmy od strony Wyspy Młyńskiej (tam jest wejście, lub jak kto woli wyjście - po prostu Czmychalnia, tak dobrze czytacie! ). Wchodzimy od Poznańskiej i na pierwszy rzut oka trochę tu pusto, kilka osób siedzi przy stołach, ale jest coś co przyciąga i wchodzę jako pierwsza do środka. To zapach świeżo wypiekanego jedzenia. No tak, przecież tutaj jest Pierogarnia Stary Młyn. Więc idę dwa metry do przodu, mówię chłopakom aby chwilę zaczekali, bo muszę ocenić czy warto tu się zatrzymać. Mamy ze dwie godziny na relaks i posiłek przed odlotem. Idę i moją uwagę przyciągają schody w dół, nie tak jak w większości restauracji -w górę, ale w dół! Fajnie światło gra swoim blaskiem i zachęca, abym poszła na dół. A gdy tam docieram, już kelnerki i kelnerzy zapraszają do stołu. Pytam o dania obiadowe, bo nie wszyscy wielbimy pierogi. Są też zupy i inne mączne wypieki. No oczywiście wracam po rodzinkę.
Teraz już dotarcie na dół jest nieco dłuższe, bo idąc niespiesznie oglądamy ściany, i zakamarki lokalu. Przede wszystkim restauracja jest nowa i świeża, a do tego jakże tradycyjna. Po drodze rzucają się w oczy wymalowane ściany, niczym ze starych widokówek Bydgoszczy. Dużo tu też drewna (schody, balustrady, stoły, krzesła) i naturalnych dodatków jak susze, czy koszyczki, jest też mnóstwo staroci i bibelotów związanych z kuchnią staropolską, wszystko w ciepłych beżach i lekkich pomarańczach. Kiedy wreszcie docieramy na dół, ukazuje nam się duża sala restauracyjna i kilku kelnerów. Tutaj już stoły przy oknie są w większości zajęte przez klientów. Na zdjęciach uwieczniłam głównie momenty kiedy stoły były już puste, aby nie musieć retuszować fotografii. Jedna kelnerka aktualnie zbierająca zamówienia szczególnie rzuca się w oczy, jest uśmiechnięta i obsługuje z zaangażowaniem, to Białorusinka. Bardzo nam to odpowiada, sami jesteśmy z różnych Krajów, a kelnerka dobrze mówi po polsku, i do tego wie dużo o potrawach. Super! Trafiliśmy w odpowiednie smakowite miejsce, zajmujemy stolik przy oknie. 
Okno.. A właściwie przeszklona ściana restauracji, to widok na najpiękniejszy fragment Wyspy Młyńskiej. 'I gdy tak posiedzimy i zjemy, to mamy wrażenie jak byśmy przenieśli się w swojski klimat dawnej Bydgoszczy.'.Obserwujemy ptaki, lecące tuż przy oknie, wierzby za oknem ruszają się wraz z wiatrem, woda Młynówki połyskuje w blasku słońca. Możemy sobie wyobrazić, jakbyśmy byli tam na zewnątrz.. Powiem Wam, że latem funkcjonuje tu taras, gdzie klientów obsługuje się na świeżym powietrzu, zresztą jest tu kilka kondygnacji, i ja oczywiście po zjedzonym posiłku wyruszam na rekonesans po pięterkach. Schodzę schodami w dół i docieram do dolnej części wychodzącej wręcz na obrzeże rzeki, ta część już prawie w całości jest oszklona. To właśnie tutaj czmychnąć można na spacer w kierunku Wyspy Młyńskiej, zanim jednak to zrobimy, warto wpisać się do Księgi Gości (mój mąż po węgiersku nie krył zachwytu wobec swego pełnego brzucha). ;) To było jakieś pół godziny później.. bo
Jednak przejdźmy do sedna sprawy. Przecież do restauracji przychodzi się, aby zjeść, najeść się, nasycić, lub zasmakować, jak kto woli. Do pierogarni przyszliśmy na pierogi, lub jeśli mam być szczera posmakować pierogi. Mój maż to taki osobnik płci męskiej, który musi być najedzony, mój syn to takie dziecko, że musi zjeść tylko to, co Mu smakuje. A ja? Ja  to jestem przypadek szczególny, no cóż - nie muszę najeść się do syta. Resztę zastępują walory wzrokowe miejsca i klimat. A to już wiecie - w Pierogarni byłam wręcz rozsmakowana aranżacją... Ale wszyscy najedliśmy się do syta, byliśmy zachwyceni i rozsmakowani. Zaczynając od najmłodszego zjadł połowę ogromnej porcji zupy pomidorowej, po czym powiedział, że było pycha. Mój maż zjadł ogromny talerz zupy gulaszowej, i porcję jakiś kluch (myślę, że było to coś z kapustą i mięsem), ale najadł się i oblizywał. Ja wzięłam klasyczne placki ziemniaczane z cukrem. Bardzo dobre i  byłam zaskoczona, jak ogromna to była porcja. Pierogi jakoś do mnie nie przemawiają w kuchni polskiej. Wolę bardziej soczyste dania np. bigos, gołąbki czy zupy. Niemniej, kiedy Pierogarnię odwiedzimy po raz kolejny, to na pewno spróbuję piecucha lub lepiucha, lubię np. leniwe.. 
No Kochani, w przypadku pierogów kiepska ze mnie koneserka, więc musielibyście sami spróbować. Ale na obsłudze i jakości lokalu trochę się znam. Jest czysto, pachnąco i miło. Karty dań są ciekawej treści. A na start podawane jest czekadełko, bo dania przygotowuje się tutaj na świeżo - chleb ze smalcem. Zauważyłam u jednego z klientów, że herbaty w Pierogarni są ogromne. To ja rozumiem! Na zakończenie posiłku dla synka czekał lizaczek, taki jak dawniej jadło się w latach osiemdziesiątych - szklaczek z kwiatkiem ;). Poza tym w koszyku leżącym na naszym stole były też faworki (po jednym dla każdego). Byliśmy tu w Tłusty Czwartek. Bardzo  fajna restauracja i jeszcze kilka zaskoczeń. O Czmychalni już pisałam, a jak ten napis przeczytałam, to już wiedziałam co się tam ukrywa za zasłonką.. Prawie pół godziny w czasie naszego poobiedniego relaksu moje dziecko spędziło w idealnie usytuowanym i stworzonym dla maluchów kąciku dla dzieci. Najbardziej nieoczyswiste dla mnie okazało się umieszczenie książeczek z bajkami dla dzieci w równie ładnie jak cała pierogarnia zaaranżowanych toaletach. Po jedzeniu małe posiedzenie? Fajne, czy nie fajne? O tym też pomyśleli twórcy tej sieci Pierogarni, a może właściciele prowadzący bydgoską pierogarnię. Pierogarnia Stary Młyn jest jedną z kilku franczyzowych  Pierogarni w Polsce. To chyba jedyne czego nie zaliczyłabym na plus. W moim odczuciu. Mam do tego typu sieciówek jakąś osobistą niechęć, która nie wynika z mojego stosunku do oferty restauracyjnej i działania tej dokładnie Pierogarni względem klientów, a z mojego doświadczenia do takiego sposobu prowadzenia działalności... 
Zważając na wszystkie plusy, nie zważając na to co nie do końca nas jako klientów dotyczy, wybieramy się na spacer dolną strefą Pierogarni. Pozwolono mi wykonać kilka zdjęć, i chyba udało mi się uchwycić ten oczarowujący klimat. Teraz dziękujemy i wyruszamy w kierunku placu zabaw.


inspiracja na kolejne Walentynki - Coffee Chocoa na randce z moim mężem

sobota, lutego 16, 2019

inspiracja na kolejne Walentynki - Coffee Chocoa na randce z moim mężem

Kiedy otwierają nową kawiarnię w moim mieście, nie potrzeba dużo czasu, aby wzbudzić moje zainteresowanie, niekiedy potrafię wejść spontanicznie i obejrzeć lokal, kartę dań, i po prostu wyjść. Pomyślicie - dziwaczka. No cóż, ale tak właśnie szykuję się do celebrowania nowych miejsc na przyszłe randki z mężem. A może tak właśnie szukam sposobu na spędzenie czasu z mężem poza domem. Na pewno miłość do męża zwycięża miłość do kawy, ale ta druga  jest też interesująca. A skoro nie zawsze można połączyć czas wolny z czasem wolnym męża, i przez to nie zawsze jest możliwość wyjścia tylko we dwoje, kiedy Alexander jest w szkole, ja tylko obserwuję, robię plan (takie marzenie) i po prostu wychodzę, aby powrócić aż będzie ta idealna chwila.Przyznam, nie zawsze to ja inicjuję wyjścia na miasto, ale mój mąż po prostu jest dobrym słuchaczem (moich myśli), i to się dzieje.. ;) prędzej, czy później.
Były też takie lata, kiedy wchodziłam do kawiarni sama i zostawałam. Tak było w innym związku, dawno temu. Miałam swoje ulubione restauracje i kawiarnie, siadałam sama. Moim zdaniem wynikało to z chęci odpoczynku, zasmakowania nowych, lub też ulubionych dań i z miłości do siebie samej. Co prawda, były to lata kiedy jeszcze nie miałam założonej rodziny, gdy nie było na świecie Alexandra, gdy nie byłam mężatką. Ale nie mogę powiedzieć, że miałam wtedy czas (brakiem czasu na wspólne wypady, bardzo często ludzie tłumaczą się na swoje lenistwo, w dbałości o urozmaicanie doznań w związku), bo wówczas prowadziłam własną działalność i tak naprawdę pracowałam od świtu do wieczora, niekiedy nawet po 14 godzin dziennie. Po skończonej pracy, mając świadomość, że mój partner zakończy pracę jeszcze 2 godziny po mnie, wsiadałam w auto i jechałam do ulubionego lokalu, gdzie w jednym z zakamarków zaszywałam się w kąciku i celebrowałam 'swój czas', przegryzając jakimś ciepłym daniem niekiedy z książką w ręku. Wystarczyła godzina, i  tak moje życie biegło...
Potem była kawiarnia w galerii handlowej w moim rodzinnym mieście, gdzie zapach kawy unosił się każdego dnia. Byłam jej kierownikiem, prowadziłam też sprzedaż drogiej porcelany a także sprzedaż kawy i czekolady na wagę. Wnętrza lokalu były ogromne, tętniło tu życie kawiarniane i pewnie na długo jeszcze by tak tętniło, gdyby w pobliżu nie otwarto nowej galerii handlowej.. Dawne czasy, z którymi jednak mam do dziś wiele wspólnego, bo zapach kawy po dziś dzień je przywołuje, bo takie romantyczne obrazy z tamtej galerii ściennej naszej kawiarni niekiedy zdarza mi się widzieć rozwieszone w salonach w UK  - gotowe do sprzedaży, lub w sklepach z drugiej ręki (nie dokładnie takie same, ale bardzo podobne, w stylu kawiarnianym). 
Zawsze kiedy pomyślę o kawiarni, te obrazy przemykają po mojej głowie. Jest na nich para kochanków, w zasadzie nie zawsze młodych, a raczej doświadczonych. Czasem są to osoby przytulone w tańcu, a niekiedy skierowane ku sobie przy okrągłych stolikach. W dłoni trzymające filiżankę kawy, a może czekolady? Na stoliczku leży czerwona róża, a w oddali pianista gra na fortepianie. Są tylko Oni, Ona w czerwonej, lub czarnej sukience, a On w garniturze. Ona w pięknym koku z pomalowanymi ustami, a On z nienagannie ułożonymi włosami pochylony ku niej.


Randki z mężem w kawiarni są wspaniałe. Widzę nas w tej scenerii. Są pewne różnice, lecz jakby się tak bliżej przyjrzeć -nieznaczne. W kawiarni czujemy się atrakcyjni, a świadczy o tym choćby fakt, że panie siedzące nieco dalej przychodzą delikatnie do nas, aby powiedzieć nam o tym, że promieniejemy. Że widzą nas i są uradowane, że chętnie nam zrobią zdjęcie. I o to chodzi. Każdego dnia celebrujemy własne życie, dbamy o siebie, ale przede wszystkim o dom, o dziecko, i choć nie pracuję, nie zawsze mam okazję zabłyszczeć, bo po prostu nie zawsze udajemy się na kawę sami. Często robimy to z dzieckiem. Kobieta zakochana, musi roznosić aurę, dla swojego męża, dla kochanka z którym żyje, być czasem tylko dla Niego. A ta aura, jest skierowana właśnie tylko dla Niego. Mój mąż nie pracuje każdego dnia, ale sporo podróżujemy, gdy jesteśmy na miejscu - On woli odpoczywać w domu. Taki czas, aby stał się adorowany i męski jest dla niego niezbędny. Chwile wyjść do ludzi, do świata są bardzo wartościowe i powodują, że możemy znów się odnaleźć. Więc kiedy jest chwila bez dziecka, i gdy jest fajna okazja po prostu jesteśmy dla siebie - POZA domem. Na randce.


Wyjście do restauracji, kawiarni we dwoje to świetna okazja, aby porozmawiać. Zawsze bawiło mnie, jak w filmach w scenach typu:'wyjście do kawiarni' ludzie poruszali ważne tematy. Możliwe, że tylko wtedy warto wyskoczyć na randkę, aby zakomunikować komuś zaręczyny, lub z okazji zbliżającego się rozstania ;) Ale ja myślę sobie, że najprzyjemniejsza rozmowa w kawiarni (oczywiście pomijając pierwsze randki, kiedy poznajemy się dosłownie) to rozmowa o rzeczach, o których nie rozmawiamy w domu. My o sprawach codziennych, ważnych, lub też stałych mówimy zawsze w domu. Podczas wyjścia na miasto rozmawiamy o wszystkim i o niczym. W ten sposób uczymy się siebie, widzimy swoje reakcje na nowości. Mówimy, słuchamy, oglądamy wystawy sklepowe, gdy idziemy do kawiarni, i przyglądamy się wnętrzu kawiarni opisując co nam się podoba. Smakujemy potrawy i karmimy się nawzajem. Obserwujemy ludzi i ich zaangażowanie. Czasem tylko gdy zaczniemy rozmawiać o naszym dziecku, to nastąpi spojrzenie na siebie i śmiech, i już wiemy, że stop. 
No właśnie,  lubimy wyjść z mężem do nowego punktu gastro w mieście, żeby poznać nowe smaki. Risotto w tajskiej wersji na słodko, znacznie różni się od ulubionego leczo, z którego smaku nigdy nie zrezygnujemy, ale jemy je w domu co najmniej kilka razy w roku. I o ile mojemu mężowi moje obiady bardzo smakują (a na pewno sycą), o tyle ja po prostu zjadam 1/3 tego co On i czasem robię sobie coś lekkiego, jakby z innej listy dań dodatkowo, aby nie jeść ciężkich potraw. Jednak czasem mam chęć zjeść nie z własnej kuchni. Nie ukrywam, że wolę smakować kuchni innych kucharek, a na urlopach już zwykle nie gotuję, delektuję się tym co podają inni. Dlatego właśnie lubimy odwiedzać różne kawiarnie i restauracje na świecie, podczas naszych wycieczek.
Cały czas mam w głowie obraz pięknej brunetki w czerwonej sukience, wtulonej wręcz w swojego kochanka (może męża) na parkiecie baru z dawnych lat. Wychodząc razem na miasto wcale nie musicie kupować sobie ekskluzywnych ubrań, choć wiele z nas chętnie pobiegło by po nową kieckę,  (a ich partner przed randką nie zdążyłby nawet kupić nowej koszuli ;)), to należałoby podjeść do tematu bardziej roztropnie. Czy każda randka z mężem musi być nie bagatela wydatkiem dla Was? Wystarczy ubrać wyjściową sukienkę, lub jakiś delikatny sweterek, i przypomnieć sobie co takiego macie, lub dostałyście, czego jeszcze nie miałyście na sobie. Może są to nowe kolczyki od męża, a może komplet seksy bielizny pod spodem? :D Czasem wystarczy użyć ulubionych perfum ukochanego, aby pobudzić zmysły...A on właśnie wrócił od fryzjera z ciekawą fryzurą. Naprawdę nadal nie wiesz czym się możecie zaskoczyć? Randka jest obietnicą, a nie spełnieniem, zaskakujące może być nie tylko to, co zrobicie na niej, ale to co po niej się może wydarzyć.
Chocoa to nowy lokal gastronomiczny w moim mieście w UK, mieszczący się w odrestaurowanym ceglanym budynku. Ciekawa jest kolorystyka brązowo-błękitna zarówno fasady, jak i wnętrza, poprzez zamieszczenie tam wielu elementów złotych i świetlnych niekiedy w słońcu (lub w świetle lamp) mamy wrażenie, jakby błękit stawał się delikatną zielenią, a brąz trąci rudością. Świeży styl, wygodne fotele, i wysoki sufit sprawiają, że we wnętrzu czujemy się wygodnie i dyskretnie. Chocoa w zasadzie jest kawiarnią przeniesioną z innego punktu do ścisłego centrum Ballymeny. Gastronomia wzbogacona została o bistro, w którym pojawiają się wciąż nowe, zaskakujące dania.


Przede wszystkim można zjeść tutaj regionalne wyroby z regionalnych produktów. Znajdziecie tutaj sandwich'e, i wszelkie tosty, zupy, a także mnóstwo berry, we wszelkich potrawach. Maliny, jeżyny nie tylko w deserach. Pomidory, białe serki, zielone liście - świetnie ożywiają wszelkie potrawy. Smaczne dodatki rybne, z lokalnych wód smakują mi osobiście najbardziej. Z ciast ulubione w Irlandii cheesecake, i apple pie domowej roboty, a również popularne w UK raspberry ruffle. Ponoć w Chocoa pyszna jest kawa i czekolada, choć jeszcze ich nie zdążyliśmy wypróbować, zapełniliśmy lunchem swoje brzuchy ;) Tym razem właśnie tak, w tle z aromatyczną herbatą.. Było pysznie!


Ciekawostki z Chocoa. Już przy wejściu mój mąż zauważył, że posadzka lokalu wyłożona jest monetami. Wyczytałam, że właściciele zebrali 30.000 monet po 1p! na wyłożenie tego 'dywanu'. Idealnie trafiliśmy, bo podczas naszych odwiedzin w lokalu zwolniło się miejsce przy ‘Paradise Garden Wall', dekoracyjnej ścianie kwiatowej, która powstała całkiem niedawno w kawiarni. Widzicie kilka ujęć nas, w tle tej pięknej ściany kwiatowej, stworzonej przez dwie wspaniałe twórczynie - Claire z Flower Walls NI, i Laurę Lee-Elliott projektantkę wnętrz.

jesienią w Belfaście - The Jailhouse

sobota, listopada 24, 2018

jesienią w Belfaście - The Jailhouse

Nie będę ukrywać, że po naszych klimatycznych, pełnych słońca i egzotyki wyprawach (jak choćby ostatnio - Grecja) ze smacznym jedzeniem w roli głównej, jakoś nie tęskno mi za Krajem w którym aktualnie żyję z rodziną. W pewnym momencie myślałam, że to wynika z pochodzenia, ale okazuje się, że bardzo interesuje mnie historia i kultura środkowej Europy. Ostatnio także wyjeżdżając z Irlandii Północnej do miasta rodzinnego a potem do Warszawy miałam wrażenie, jakbym znalazła się w tym lepszym, bardziej wartościowym świecie. Ogrom historii Polski, zamknięty jest choćby w ulicach, czy kamienicach, jest bogactwo narodowe tak bliskie memu sercu.
W Irlandii wszystko jest proste, jak dla mnie nie wymagające nakładu myśli. Choć bardzo to spokojne życie lubię, jestem przekonana, że gdyby nie zamieszkanie tutaj, w ogóle nie pomyślałabym, aby Belfast - stolicę Irlandii Północnej kiedykolwiek odwiedzić. A tego mieszkając w danym Kraju po prostu nie można uniknąć. O ile mnie zbyt wiele oczarować tutaj nie może, to niektóre osoby w Irlandii może fascynować parę miejsc.
Dla jednych będą to Zamki, dla innych urocze ogrody i parki. Są też tacy, którzy uwielbiają zachowany klimat dawnej irlandzkiej wsi, czy małych miasteczek. A w takich dużych miastach jak Belfast, można spędzać dni na przechadzkach, i zakupach w olbrzymich domach towarowych a wieczory w towarzystwie poznając ludzi, odwiedzając tętniące życiem bary i restauracje. Tego tak naprawdę nie brak w irlandzkim mieście.
A tak szczerze? Trudno wzbudzić w tym ostatnim temacie moje zainteresowanie, bo biegania po butikach z odzieżą już od dawna nie lubię, a z kolei po barach za często nie chodzimy, odkąd Alexander przyszedł na świat. Co więcej nie smakuje nam irlandzkie jedzenie (jedliśmy, i jemy każdego dnia dużo lepszą kuchnię). Jednak ponieważ ja jeść zbyt dużo nie lubię, a raczej ograniczam się do aromatycznej herbaty, czy kawy, to gdy jestem już po obiedzie zawsze moim głównym celem jest rekonesans miejsca.
Za to przeważnie mój mąż lubi 'wrzucić coś na ząb'. Tak więc zaglądamy do różnych restauracji, a jeśli tylko nie czuję głodu, nic tak bardzo mnie nie fascynuje w tych barach i restauracjach jak klimat. Jest kilka kawiarni, które odwiedzamy regularnie z mężem, zazwyczaj w czasie gdy dziecko jest w szkole. Traktujemy to jak randkę, i cieszymy się jak zakochańce przebywaniem ze sobą, w takich miłych miejscach. Zdarza się też wyskoczyć gdzieś rodzinnie, w czasie wycieczek. Mamy ulubione lokale.
Gdy tylko dowiedziałam się od znajomej o istnieniu w Belfaście baru Henry's i odrestaurowaniu znanej kamienicy na jednej z najstarszych w stolicy ulic - powstanie klubu i restauracji The Jailhouse, obiecałam sobie, że odwiedzimy ten kompleks restauracyjny. Oczywiście stało się to przy okazji naszego przyjazdu do Belfastu w innym ważnym celu, ale cały dzień spędziliśmy bardzo sympatycznie, a w lokalu pewnie jeszcze nie raz się zatrzymamy. A to było tak:
Był pierwszy chłodny, lecz słoneczny, wczesnojesienny ranek w NI. Na popołudnie zaplanowaliśmy zakupy w Ikea Belfast, a około południa postanowiliśmy uczestniczyć we Mszy Świętej w polskiej Parafii. Spakowałam na drogę drożdżówki i pestki dyni, które wcześniej uprażyłam i ruszyliśmy do stolicy Irlandii Północnej. Ponieważ postanowiłam sfotografować słynny Zegar Alberta, po zrobieniu zdjęć, pokierowaliśmy się ku Joy's Entry (wejście prowadzące do nieznanego nam wcześniej odrestaurowanego lokalu The Jailhouse).
Nie sposób było nie zauważyć spalonego kilka dni wcześniej budynku sklepu Primark, który stoi centralnie na ulicy Castle Street. Wielka szkoda, bo to jedna z ładniejszych i zresztą zabytkowych budowli Irlandii Północnej wzniesiona w 1785 roku. Pewnie też zwolennicy weekendowych zakupów nie będą zadowoleni..? No cóż, my jakby poza tym tematem, idziemy na kawę i mały rekonesans otwartego  całkiem niedawno klubu. Ciekawe czy nas wpuszczą z dzieckiem?
Jak to na Irlandię Północną przystało, w zasadzie wszędzie tam, gdzie nie jest bezpośrednio bar, w niedzielę w godzinach przedpołudniowych i południowych można zjeść rodzinnie breakfast i lunch. My nie bardzo mamy apetyt na irlandzkie jedzenie, wolimy nasze domowe (śniadanko już zjedzone), ale kawa, frytki, i piwo dla męża to taki w naszej rodzinie zestaw startowy, nasze must have
Joy's Entry - wejście wprost do kulturalnej sceny w sercu Belfastu. To tutaj w XVII wieku tętniło życie miasta, i tutaj ma się nadal bawić Belfast. Prawdopodobnie tak się stało już, ponieważ w tych pięknych zabytkowych lokalach spotyka się obecnie mnóstwo osób (rodaków i nie tylko). Meritum tego miejsca jest jednak nie tylko wspaniały klimat klubowy, za który go kochają zwolennicy życia towarzyskiego, ale w szczególności jego historia.
Odrestaurowany ostatnio budynek był miejscem gdzie kupiec prezbiteriański Henry McCracken,  przebywał przez dwa ostatnie dni swojego życia zanim został powieszony na Cornmarket (7 czerwca 1798 roku) za przywództwo w bitwie pod Antrimem. Obecnie ten zanurzony w historii i od ponad 100 lat funkcjonujący bar McCrakena zyskał remont i przekształcony został w Henry's z odnowionym wnętrzem a zabytkowe boczne pomieszczenia zostają odrestaurowane z zachowaniem oryginalnych elementów i cech budynków jako The Jailhouse.
Zajmujemy mały stolik będący nowoczesnym elementem wystroju wnętrza, co szalenie mi tutaj pasuje, mimo iż nie jest to wyposażenie zabytkowe. Mąż i syn zostają na chwilę sami, idę obejrzeć lokal, a później wymieniamy się. Czujemy się tutaj bardzo dobrze. Dookoła ceglane ściany, bardzo ładne, jakby wszystko zostało zamrożone w czasie.
Ciekawe są też zachowane drzwi, niczym ze stodoły, malowane w ciekawy sposób. Idę schodami i patrzę w górę. Nade mną grube stare belki, a po bokach oryginalne okna. Lokal pełen jest zakamarków. Na parterze znajdziesz ogromne stoły do spotkań okolicznościowych, a na piętrze mniejsze i typowy bar, choć jak się okazuje idealnie odwzorcowany na pierwowzorze.
Warto przysiąść do jednego ze stolików rozstawionych na poszczególnych półpiętrach, obejrzeć stare fotografie w antyramach. Na tym poziomie stworzono kilka pomieszczeń, jest nawet ogródek letni. Drugi, dużo większy, znajduje się na dole, w przedsionku Joy's Entry. Przebywanie w toalecie, to przyjemność, wchodząc można doznać uczucia zaskoczenia. Wielką rolę w odbiorze The Jailhouse odgrywa oświetlenie.
Sporo jest masywnych elementów drewnianych, ciemnych ścian i ogromnych bal sufitowych co świetnie kontrastuje z ciepłymi halogenami. Również na zewnątrz fikuśnie zawieszono łańcuchy świetlne. Bardzo podoba mi się też samo przejście do lokalu, gdzie ustawiono kilka długich zabytkowych ławek z drewna. Rozwieszono stare latarnie, i przyozdobiono ściany roślinami. Siadam, zatrzymuję się na chwilę.
Można też na dłużej (również podczas nocnych spotkań w gronie znajomych), no chyba, że zacznie padać, podobnie jak teraz... Udaję się do lokalu, aby wypić łyk ciepłej kawy. Przy stoliku czeka moja rodzinka. The Jailhouse to bardzo ciekawa restauracja, a jednocześnie projekt wraz z przebudową warte 1 milion funtów. Wiem, że dziś to miejsce spotkań wielu Irlandczyków i myślę, że warto tutaj bywać, choćby po to, aby poczuć klimat dawnych lat, i zjeść coś po podróży.
Oprócz dziennej oferty tradycyjnych potraw, dla zwolenników życia nocnego, jest tu bogata rozrywka, włącznie z didżejem, a także właśnie wspomniane przeze mnie wcześniej sąsiedztwo wygodnego pubu, o równie interesującym wygodnym a zarazem ekskluzywnym klimacie. My w Henry's nie zatrzymywaliśmy się wiadomo z jakich względów, ale pewnie kiedyś uda nam się tam wypić irlandzką whiskey..

Znajdziesz mnie tutaj

Copyright © 2017 weekendownik