Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bydgoszcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bydgoszcz. Pokaż wszystkie posty
na warsztatach Muzeum Mydła i Historii Brudu Bydgoszcz

sobota, marca 07, 2020

na warsztatach Muzeum Mydła i Historii Brudu Bydgoszcz

Bydgoszcz to moje rodzinne miasto, które nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Czy slyszeliście, że zajęła 10 miejsce w prestiżowym rankingu turystycznym wśród miast walczących o miano Najlepszego Europejskiego Celu Podróży 2020? Jak na pierwszy raz Miasto Bydgoszcz znalazło się na bardzo dobrej pozycji, biorąc pod uwagę pretendentów. Ja uświadamiam sobie, że ten urok trochę mnie omija, odkąd zamieszkałam w UK wraz z rodziną. Ogrom zmian, renowacji, miało miejsce przez ostatnich kilka lat. Jednak mogę też stwierdzić, że z każdym naszym pobytem, urlopem, w Mieście nad Brdą spotykamy co raz to bardziej ciekawe atrakcje. Bydgoszcz zyskała na wyglądzie, ale wiadomo, że za tym zawsze stoją fajni ludzie, z fajnymi pomysłami.
Spotkania z przyjaciółmi, spacery po Starówce i po pięknych uliczkach Bydgoszczy, a także odwiedziny ciekawych miejsc i Muzeów - to te ulotne chwile i wspomnienia, jakie chcę zachować w pamięci. Jedna z moich ulubionych ulic bydgoskich, do której kierujemy się tym razem idąc od Mostowej. Długa. Pisałam o niej i o pobliskiej Wyspie Młyńskiej już kilka razy. To miejsce do którego wracać będziemy dla atmosfery, dla wspomnień i też dla przyszłości. Już jakiś czas temu obiecałam swojej rodzinie, że udamy się do oryginalnego Muzeum Mydła i Historii Brudu na ulicę Długą 13. Wreszcie udało się wygospodarować godzinę na mini warsztaty robienia mydła i na zwiedzanie Muzeum z przewodnikiem.
Dzisiaj temat jest bardzo na czasie, bo mydło i czystość są wręcz niezbędne w dobie wirusów. Ale muszę Wam powiedzieć, że mydlana ewolucja miała miejsce już jakiś czas temu, a historia brudu jest stara, jak świat światem. Nie bez powodu to właśnie w mieście Bydgoszcz takie Muzeum stworzono, bo to tutaj mocno wiódł przemysł mydlany. Miasto Bydgoszcz miało wysoce rozwinięty przemysł chemiczny, i z niego eksportowano mydło do innych miast europejskich. W Muzeum nawet przedstawiono jedną część ekspozycji poświęconą fabryce Mydła i Świec, wraz ze stemplami (którymi odciskano wówczas znak fimowy), a także z różnymi innymi ciekawostkami o producencie i wyrobie mydła.
W ogóle jeśli miałabym na wstępie krótko scharakteryować Muzeum Mydła i Historii Brudu to nasuwa mi się kilka słów. Ciekawie, oryginalnie, dowcipnie, wyczerpująco i pachnąco zaprezentowany pokaz przeprowadzony przez sympatycznego przewodnika, oraz bardzo przyjemny, rzeczowy i prowadzony przez przedwodniczkę warsztat tworzenia własnego mydła. Miejsce pozytywnie nas zaskoczyło, także wizualnie. Mieści się w odrestaurowanej kamienicy.


Bardzo ładnie wyeksponowane są mydła i sprzęty służące od zarania dziejów do mycia i do prania. Spodziewaliśmy się krótkiej prezentacji, a tutaj wartościowe, pełne humoru opowieści o dziejach brudu i higieny, o poszukiwaniu różnych form zastępczych dla mydła, jak chociażby przez użycie popiołu. Jest wiele takich ciekawostek, z których w obecnych czasach możemy się tylko pośmiać, jednak aż tak sporo tych dziwactw - że podczas oprowadzania, przewodnikowi praktycznie w ogóle buzia się nie zamykała.
Od Starożytności do Współczesności. Jest starożytna łaźnia i PRL-owska łazienka z popularną Franią. Ciekawostką jest pierwszy prysznic kąpielowy, czy toalety tron i tronówka, zamontowane w krzesłach, żeliwne wanny z XIX wieku, oraz żelazko, maglownice, pralki, suszarki używane wiele lat temu. Na ścianach nie brak retro plakatów z zabawnymi powiedzonkami na temat mydła, czystości, czy brudu. Super jest gablota z popularnymi od chwili wprowadzenia fabrycznej produkcji mydła - opakowaniami mydełek (bambino, fa, zielone jabłuszko, itd.). Wcześniej używano mydło robione według tradycyjnej receptury i sprzedawano je na wagę. Pamietajmy, że mydło slużyło nie tylko do mycia, ale także do prania!
Fantastyczne Muzeum, które ujęło nas dorosłych i całą grupę wraz z którą weszliśmy, a także, i przede wszystkim naszego Alexandra, dzielnie wsłuchującego się w historię brudu. Troszkę zabrakło mi czasu na przyjrzenie się większości pomieszczeń i eksponatów. Zwiedzanie odbywa się wraz z przewodnikiem na umówioną godzinę. Na samym początku tworzy się przy dużym stole swoje mydło, korzystając z materiałów dostępnych do dekoracji, barwienia, oraz koloryzowania mydła, a także słuchając instrukcji Pani prowadzącej takie szkolenie.
W czasie warsztatów korzysta się z dawnej receptury, idealnej do zrobienia mydełka. Używa się foremek, łyżeczek, i zdobień (muszelki, płatki owsiane, suszone kwiaty lawendy, ziarenka kawy) dostępnych na stole. Zrobiliśmy swoje własne, pachnące mydełka. Nasze mydełka wyszły urocze - najpiękniejsze mojego synka.
Kolory, zapach i uśmiech to myśl przewodnia tego miejsca. Na zakończenie można sprawić sobie jeszcze upominek. Lub Komuś na prezent. My wyszliśmy z pełnymi torbami (torebkami papierowymi), z naturalnymi mydłami m.in Bydgoska Wytwórnia Mydła, a także z książeczką Draka Ekonieboraka KLIK ,  jaką zamierzamy przeczytać już niebawem i wdrożyć ją w życie, bo podobnie jak Muzeum Mydła i Historii Brudu popieramy Ekologię! Dziękujemy za przemiłe popołudnie w Muzeum i polecamy :) Poniżej kilka ciekawych miejsc, co jeszcze robić w Bydgoszczy (PODLINKOWANE).


nasz rodzinny letni spacer w Bydgoszczy i Fontanna Potop

sobota, sierpnia 10, 2019

nasz rodzinny letni spacer w Bydgoszczy i Fontanna Potop

Kiedy tworzę wpisy na temat mojego rodzinnego miasta, jestem bardzo ostrożna. Do Bydgoszczy mam ogromny sentyment związany głównie z moimi latami dziecistwa. Tutaj się urodziłam, ale już sporo czasu nie mieszkam i pewnie nigdy tu nie powrócę.. Co dziwne moje dziecięce stopy, choć głównie docierały do miejsc rozrywki - typu Ogród Zoologiczny, czy Leśny Park Kultury i Wypoczynku Myślęcinek to również odwiedziłam rodzinnie kilka zabytków naszego miasta w tym Kościoły i przynależne Parki. Nie ma tego wiele w Bydgoszczy, ale te które są, zachwycają i pozostają w pamięci na długo. No właśnie ta moja Bydgoszcz jest bardzo zróżnicowana pod względem atrakcji, a kilka jej miejsc zrekonstruowano w ciągu ostatnich paru lat np. Wyspę Młyńską czy jej odcinek  wzdłuż Młynówki. Odnowiono je całkiem niedawno, przez co nabrały bardziej komercyjnego charakteru. Bydgoszcz z pewnością słynie z kilku spichrzy w okolicach Starego Rynku, oraz z Bazyliki, o której kiedyś Wam na pewno napiszę...
Dzisiejszy wpis nie ukaże Wam atrakcji bydgoskiej, jaką jest Fontanna Potop położona w Parku Kazimierza Wielkiego przy Placu Wolności w pełnej odsłonie, z perspektywy fotografa. Zdjęcia wykonane w tym miejscu jednoznacznie robiłam z myślą o rodzinie, jako tło naszego rodzinnego spaceru śladami mej młodości. Nie ma tutaj ujęć artystycznych samej rzeźby, tym razem skupiłam się tylko na nas... Natomiast chciałam Wam przedstawić trochę inną odsłonę i napisać o moich odczuciach z tym miejscem związanych, także o samej fontannie, i jej historii. Ponieważ Bydgoszcz i jej mieszkańcy stracili Fontannę na wiele lat, i bardzo długo starali się o jej zrekonstruowanie, postanowiłam napisać też o tej odnowionej już obecnie kopii Fontanny Potop i Jej powstaniu. Zachęcam Was przy okazji wizyty w Bydgoszczy, aby udać sie do Parku Kazimierza Wielkiego i zobaczyć to piękne miejsce, spacerując, lub przysiadajac na jednej z ławek z tradycyjnym lodem bydgoskim w dłoni.
Dawniej ja wraz z moją rodzinką, zazwyczaj po odwiedzinach u cioci i po niedzielnej wieczornej Mszy św odbywającej się w Kościele św. Piotra i Pawła, głównie latem, zatrzymywałam się na krótko przy fontannie. Dla mnie dziewczynki urodzonej pod koniec lat siedemdziesiątych wówczas nie była to Fontanna Potop. Fontanna wówczas była z czterema kamiennymi rybkami autorstwa Józefa Makowskiego uzupełnionymi w narożnikach do oryginalnej misy Fontanny Potop. Bez względu na stan (orginalna, czy podniszczona) Fontanna zawsze przyciągała mnóstwo rodzin z dziećmi. Wszyscy urodzeni po Drugiej Wojnie Światowej taką właśnie jak ja fontannę pamiętają... Zachowała się tylko misa fontanny z czerwnego piaskowca. Po czym? Wielka szkoda, że bydgoszczanie urodzeni w latach przedwojennych nie doczekali momentu jej odbudowy w 2014 roku, po zniszczeniu i przetopieniu przez Niemców w 1943 roku na broń armatnią oryginalnych rzeźb umiejscowionych w misie. Nie sądzę, aby 'dzieciom tamtych lat' nie zależało na jej zrekonstruowaniu, mimo iż wiadomo, że twórcą oryginału był zdolny i wybitny rzeźbiarz niemiecki tworzacy rzeźbę Fontanny Potop od 1897 roku - Ferdinand Lepcke. 

Przez pierwsze 39 lat od uroczystego odsłonięcia ta piękna rzeźba wieloczęściowa zdobiła Park jako dar dla Bydgoszczy za wierność dla państwa zaborczego pruskiego. Bromberg, taką ma historię zapisaną w kartach. Ogromna i piękna rzeźba stanowiąca w tamtych latach nieprzeciętne dzieło miała przyczynić się do podwyższenia poziomu życia kulturalnego Bydgoszczy, a tym samym cieszyła oczy mieszkańców, stanowiła o wyjątkowości Miasta Bydgoszcz. Wszyscy chętnie zatrzymywali się przy Fontannie robiąc sobie i bliskim fotografie. Kiedy ta rzeźba została zniszczona na cele wojenne, to tak jakby miasto straciło swoje serce. Strat w Bydgoszczy było więcej, głównie te związane z obszarem Starego Rynku po Krwawej Niedzieli. Wielu cennych budowli nie udało się odbudować.  
Jednak Fontanna Potop, a dokładnie jej rzeźba miała swoje dwie kopie w innych państwach (świadczy to o jej wyjątkowości), z których jedna zachowała się po Wojnie. Między innymi na podstawie zachowanej kopii, a także zdjęć zgromadzonych przez bydgoszczan ostatecznie doszło do odbudowy. Ale zanim to nastąpiło, przeminęło kilkadziesiąt lat. A pierwsze konkretne wzmianki  o zbiórkach pieniędzy na ten cel pojawiały sie po roku 2004. I tak po wielu zbiórkach i stworzeniu projektu rzeźby, a także dokonaniu wyboru twórcy zaczęto plan realizować. Początkowo powstały projekty i wyceny.

Ostatecznie pierwsza część rzeźby przedstawiająca niedźwiedzicę z martwym niedźwiadkiem w pysku powstała z rąk Jacka Guzery z Kielc, autorem rzeźby jest Michał Pronobis. Przez rok rzeźba ustawiona była przed Centrum Handlowym Drukarnia, a następnie po wykonaniu prac renowacyjnych misy fontanny przeniesiona już do Parku. W tym czasie również nastąpiła na koszt miasta rekonstrukcja mozaiki wokół fontanny. Dawniej mozaika o wzorze pięknych fal po dewastacji rzeźby przez Niemców i pozostawieniu fontanny z rybkami została zalana betonem(!).
Kolejna część rzeźby Potop z mężczyzną i wijącym się wokół niego wężem morskim wykonana została w dość krótkim odstępie czasu. Twórcą jest Jacek Guzera, a autorem Michał Pronobis. Największa część odlew z brązu o wysokości 7 metrów dostarczony z Kielc został do miasta w 2014 roku. Całość przedstawia silnego mężczyznę niosącego półnagą (prawdopodobnie martwą) kobietę przerzuconą przez ramię, a drugą ręką pomagającego innemu nieco starszemu mężczyźnie wspiąć się po skale. Autorstwo Michał Pronobis, wykonanie Jacek Guzera. Po końcowych remontach i podłączeniach w 2014 nastąpiło uroczyste odsłonięcie Fontanny.
Opis Fontanny Potop: Każda fontanna jest symbolem nieprzerwanego życia, jest symbolem źródła życia. W scenach przedstawionych w Fontannie Potop istnieje przesłanie biblijnego potopu. Ta rzeźba choć dramatyczna, nie ma nieść złowrogich odczuć dla mieszkańców (politycznych). Wykonana w sposób artystyczny, nie ku czci i chwale (jak większość tego typu rzeźb-pomników z brązu). Ma pobudzać wyobraźnię swym pięknem, i przywoływać dobre skojarzenia i stanowić wyjątkową dekorację miasta. Interesujące jest to co przedstawia,  budzi kilka mocnych uczuć. Każdy może jej obraz odbierać indywidualnie.
Wykonana jest w trzech częściach. Dokładnie też z nurtem tworzenia w latach Lepckego, trochę tradycjonalna, trochę antyczna, i odrobinę mitologiczna. Niedźwiedzica matka, wraz z martwym młodym niedźwiadkiem, mitologiczna scena z walczącym wężem, oraz ostatecznie najważniejsza dopieszczona pod każdym względem monumentalna 7 metrowa scena przedstawijąca mężczyzn i kobietę, oraz kobietę i dziecko patrzące w jej kierunku. Można wokół tej fontanny chodzić godzinami, podziwiając każdy szczegół..
Jest to jedyna tak olbrzymia rzeźba wykonana z brązu szlachetnego w całej Europie, spełniająca wszystkie założenia (nie mogła przekraczać 7 metrów wysokości). Położona w Centralnym miejscu miasta, udoskonalona i dopieszczona także pod względem doprowadzenia wody, i stworzenia odpowiednich kanalizacji, z czym w latach jej tworzenia przez pierwszego twórcę, także finansowo zmagały się grupy pracowników. Koszty stworzenia Fontanny Potop wówczas wyniosły około 200 tysięcy marek w 39 latach pierwszego funkcjonowania. Natomiast koszty odtworzenia Fontanny i wyremontowania misy oraz mozaiki w czasach obecnych - 2,5 mln złotych. Muszę tutaj dodać, że koszty byłyby znacznie wyższe gdyby nie honorowy odznaczony właściciel firmy transportującej nieodpłatnie te rzeźby - Piotr Jodko. Dokładnie po 10 latach działaności Stowarzyszenia Potop doszło do realizacji marzeń wielu bydgoszczan..

wzdłuż Młynówki - na pierogi

sobota, marca 23, 2019

wzdłuż Młynówki - na pierogi

My Polacy bardzo mocno jesteśmy przekonani o różnych swoich kulinarnych tradycjach, i tak zapewne jak Europejczycy nazywają nas narodem 'wódką płynącym', tak sami mówimy, że Polska to Kraj pierogów. Co do pierwszego z własnego doświadczenia mogłabym się nie zgodzić, bo jestem pewna, że Polacy wolą dobre polskie (i często niemieckie) piwko sobie łyknąć, a polski niż społeczny raczej w tanich winkach gustuje. Jeśli chodzi o to drugie, ja za wszystkimi pierogami nie przepadam, a że Polska słynie z pierogów to oczywiste jak świat światem, bo my po prostu lubimy mącznie gotować i baaa, lubimy też zjeść do syta. A taki Anglik woli whiskey, a do tego gotowca na obiad sobie zamówić w szybkim barze, lub żonka suchy obiadek zaserwuje, chipsy ziemniaczane i kawał mięska z suchym groszkiem bez smaku.. Nie wrzucając wszystkich do jednego worka zdarzają się wyjątki, jak w każdym kraju i domu. No więc - po dobre i syte, a do tego różnorodne pierogi zapraszamy do Polski. A gdy z jakiś powodów się nie chce gotować, bo urlop, bo zmęczenie, bo nie umiem, bo., to w Polsce jest tyle wspaniałych restauracji, że głodni nie wyjdziemy. A do tego jak pięknie, nastrojowo i po prostu z klimatem zjemy!
Pierogi. Chyba każdy kojarzy je z kuchnią staropolską. W Polsce bowiem znane były już wiele, wiele lat temu. Jedni mówią, że polskie a inni, że z Ukrainy 'przywędrowały'. Ale pierogi, czyli zlepiane, zwijane mączne ciasto z nadzieniem pochodzi z Chin. Tak, dokładnie. Nie wypiera to jednak faktu, że jak Wam napisałam powyżej Polacy kochają zjeść mącznie i co więcej są bardzo pracowici, nie boją się rąk 'umoczyć' podczas różnych prac. Więc jako przystawka taka krótka historia, wprost z mojego rodzinnego miasta jakże kiedyś rozwiniętego przemysłowo, jak pięknego, gdzie dziś stara się wydobyć ze starych kamienic tradycję dawnych lat. Zabieram Was na smaczne tradycyjne jadło, i na kolejną wycieczkę po Wyspie Młyńskiej w Bydgoszczy, którą jeśli tutaj przyjedziecie musicie koniecznie odwiedzić, bo to symbol tego miasta, miejsce intensywnej pracy ludzi, a także twórczości rzemieślników, po których pozostały ślady aż do teraz. Spichrze, stare fabryki, budynki po Młynach Rothera. Pomiędzy Brdą, a Młynówką jest wyspa będąca niegdyś ośrodkiem handlu zbożem i drewnem. Dziś to taka Wenecja Bydgoska.
Dziś nie działa na niej przemysł, a Wyspa raczej pełni funkcję wypoczynkową, jest zielono i przyjemnie a w sezonie odbywają się tu różne imprezy, dla dzieci jest plac zabaw. Bydgoszczanie z szacunkiem podchodzą do tego miejsca. Dążąc do zachowania tradycji dołożono starań, aby uwiecznić charakter Wyspy Młyńskiej. Muzea na Wyspie, a po drugiej stronie Młynówki na ulicy Długiej zabytkowy tramwaj, i aż po ulicę Poznańską szereg restauracji i kawiarni - zawsze nawiązują do historii tego malowniczego miejsca. Podczas naszych krótkich urlopów w Polsce zawsze tu wracam. Odkrywam nowe miejsca, przyglądam się starym budynkom, i nie za każdym razem mam możliwość odwiedzić wszystko, więc dozuję...
Kilka spraw, parę formalności w Urzędzie Miasta i obowiązkowy wręcz (ulubiony) spacer wzdłuż Młynówki. Tak właśnie z południa zrobiło nam się popołudnie i pora obiadu. Do odlotu jeszcze kilka godzin, więc warto gdzieś się zatrzymać. Tym razem mimo przyjemnej słonecznej pogodny mieliśmy naprawdę chłodny dzień, więc przechodzimy kilka przecznic i docieramy do restauracji, którą widzieliśmy od strony Wyspy Młyńskiej (tam jest wejście, lub jak kto woli wyjście - po prostu Czmychalnia, tak dobrze czytacie! ). Wchodzimy od Poznańskiej i na pierwszy rzut oka trochę tu pusto, kilka osób siedzi przy stołach, ale jest coś co przyciąga i wchodzę jako pierwsza do środka. To zapach świeżo wypiekanego jedzenia. No tak, przecież tutaj jest Pierogarnia Stary Młyn. Więc idę dwa metry do przodu, mówię chłopakom aby chwilę zaczekali, bo muszę ocenić czy warto tu się zatrzymać. Mamy ze dwie godziny na relaks i posiłek przed odlotem. Idę i moją uwagę przyciągają schody w dół, nie tak jak w większości restauracji -w górę, ale w dół! Fajnie światło gra swoim blaskiem i zachęca, abym poszła na dół. A gdy tam docieram, już kelnerki i kelnerzy zapraszają do stołu. Pytam o dania obiadowe, bo nie wszyscy wielbimy pierogi. Są też zupy i inne mączne wypieki. No oczywiście wracam po rodzinkę.
Teraz już dotarcie na dół jest nieco dłuższe, bo idąc niespiesznie oglądamy ściany, i zakamarki lokalu. Przede wszystkim restauracja jest nowa i świeża, a do tego jakże tradycyjna. Po drodze rzucają się w oczy wymalowane ściany, niczym ze starych widokówek Bydgoszczy. Dużo tu też drewna (schody, balustrady, stoły, krzesła) i naturalnych dodatków jak susze, czy koszyczki, jest też mnóstwo staroci i bibelotów związanych z kuchnią staropolską, wszystko w ciepłych beżach i lekkich pomarańczach. Kiedy wreszcie docieramy na dół, ukazuje nam się duża sala restauracyjna i kilku kelnerów. Tutaj już stoły przy oknie są w większości zajęte przez klientów. Na zdjęciach uwieczniłam głównie momenty kiedy stoły były już puste, aby nie musieć retuszować fotografii. Jedna kelnerka aktualnie zbierająca zamówienia szczególnie rzuca się w oczy, jest uśmiechnięta i obsługuje z zaangażowaniem, to Białorusinka. Bardzo nam to odpowiada, sami jesteśmy z różnych Krajów, a kelnerka dobrze mówi po polsku, i do tego wie dużo o potrawach. Super! Trafiliśmy w odpowiednie smakowite miejsce, zajmujemy stolik przy oknie. 
Okno.. A właściwie przeszklona ściana restauracji, to widok na najpiękniejszy fragment Wyspy Młyńskiej. 'I gdy tak posiedzimy i zjemy, to mamy wrażenie jak byśmy przenieśli się w swojski klimat dawnej Bydgoszczy.'.Obserwujemy ptaki, lecące tuż przy oknie, wierzby za oknem ruszają się wraz z wiatrem, woda Młynówki połyskuje w blasku słońca. Możemy sobie wyobrazić, jakbyśmy byli tam na zewnątrz.. Powiem Wam, że latem funkcjonuje tu taras, gdzie klientów obsługuje się na świeżym powietrzu, zresztą jest tu kilka kondygnacji, i ja oczywiście po zjedzonym posiłku wyruszam na rekonesans po pięterkach. Schodzę schodami w dół i docieram do dolnej części wychodzącej wręcz na obrzeże rzeki, ta część już prawie w całości jest oszklona. To właśnie tutaj czmychnąć można na spacer w kierunku Wyspy Młyńskiej, zanim jednak to zrobimy, warto wpisać się do Księgi Gości (mój mąż po węgiersku nie krył zachwytu wobec swego pełnego brzucha). ;) To było jakieś pół godziny później.. bo
Jednak przejdźmy do sedna sprawy. Przecież do restauracji przychodzi się, aby zjeść, najeść się, nasycić, lub zasmakować, jak kto woli. Do pierogarni przyszliśmy na pierogi, lub jeśli mam być szczera posmakować pierogi. Mój maż to taki osobnik płci męskiej, który musi być najedzony, mój syn to takie dziecko, że musi zjeść tylko to, co Mu smakuje. A ja? Ja  to jestem przypadek szczególny, no cóż - nie muszę najeść się do syta. Resztę zastępują walory wzrokowe miejsca i klimat. A to już wiecie - w Pierogarni byłam wręcz rozsmakowana aranżacją... Ale wszyscy najedliśmy się do syta, byliśmy zachwyceni i rozsmakowani. Zaczynając od najmłodszego zjadł połowę ogromnej porcji zupy pomidorowej, po czym powiedział, że było pycha. Mój maż zjadł ogromny talerz zupy gulaszowej, i porcję jakiś kluch (myślę, że było to coś z kapustą i mięsem), ale najadł się i oblizywał. Ja wzięłam klasyczne placki ziemniaczane z cukrem. Bardzo dobre i  byłam zaskoczona, jak ogromna to była porcja. Pierogi jakoś do mnie nie przemawiają w kuchni polskiej. Wolę bardziej soczyste dania np. bigos, gołąbki czy zupy. Niemniej, kiedy Pierogarnię odwiedzimy po raz kolejny, to na pewno spróbuję piecucha lub lepiucha, lubię np. leniwe.. 
No Kochani, w przypadku pierogów kiepska ze mnie koneserka, więc musielibyście sami spróbować. Ale na obsłudze i jakości lokalu trochę się znam. Jest czysto, pachnąco i miło. Karty dań są ciekawej treści. A na start podawane jest czekadełko, bo dania przygotowuje się tutaj na świeżo - chleb ze smalcem. Zauważyłam u jednego z klientów, że herbaty w Pierogarni są ogromne. To ja rozumiem! Na zakończenie posiłku dla synka czekał lizaczek, taki jak dawniej jadło się w latach osiemdziesiątych - szklaczek z kwiatkiem ;). Poza tym w koszyku leżącym na naszym stole były też faworki (po jednym dla każdego). Byliśmy tu w Tłusty Czwartek. Bardzo  fajna restauracja i jeszcze kilka zaskoczeń. O Czmychalni już pisałam, a jak ten napis przeczytałam, to już wiedziałam co się tam ukrywa za zasłonką.. Prawie pół godziny w czasie naszego poobiedniego relaksu moje dziecko spędziło w idealnie usytuowanym i stworzonym dla maluchów kąciku dla dzieci. Najbardziej nieoczyswiste dla mnie okazało się umieszczenie książeczek z bajkami dla dzieci w równie ładnie jak cała pierogarnia zaaranżowanych toaletach. Po jedzeniu małe posiedzenie? Fajne, czy nie fajne? O tym też pomyśleli twórcy tej sieci Pierogarni, a może właściciele prowadzący bydgoską pierogarnię. Pierogarnia Stary Młyn jest jedną z kilku franczyzowych  Pierogarni w Polsce. To chyba jedyne czego nie zaliczyłabym na plus. W moim odczuciu. Mam do tego typu sieciówek jakąś osobistą niechęć, która nie wynika z mojego stosunku do oferty restauracyjnej i działania tej dokładnie Pierogarni względem klientów, a z mojego doświadczenia do takiego sposobu prowadzenia działalności... 
Zważając na wszystkie plusy, nie zważając na to co nie do końca nas jako klientów dotyczy, wybieramy się na spacer dolną strefą Pierogarni. Pozwolono mi wykonać kilka zdjęć, i chyba udało mi się uchwycić ten oczarowujący klimat. Teraz dziękujemy i wyruszamy w kierunku placu zabaw.


terrarium, akwarium, Ogród Zoologiczny w Bydgoszczy i powrót do dzieciństwa

sobota, marca 16, 2019

terrarium, akwarium, Ogród Zoologiczny w Bydgoszczy i powrót do dzieciństwa

Mogłabym zacząć ten post klasycznie, opowiedzieć Wam o odwiedzinach w bydgoskim Zoo, ale jak się domyślacie będzie to artykuł w trochę innej formie. :) Postanowiłam, aby nie był to zwykły wpis, bo dla mnie w dużej mierze jest on przywołaniem mojej młodości, lat dzieciństwa. Trochę ze wspomnień, a trochę o nowościach dzisiaj. O naszej wizycie w Leśnym Parku Kultury i Wypoczynku w Bydgoszczy, w moim rodzinnym mieście. Jest to miejsce niezwykłe o tyle, że powstało w latach, kiedy przyszłam na świat i jako dziecko spędzałam tutaj, głównie z moim tatą mnóstwo czasu. W zasadzie mogłabym tak powracać każdego roku. Ale postanowiłam dokładnie teraz zabrać moich chłopaków w dawne ślady mych stóp. To chyba idealny moment, aby pokazać mojemu prawie sześciolatkowi ulubiony Park i co więcej móc rodzinnie spacerować, jak kiedyś, tak teraz - ścieżkami otoczonymi florą i fauną. Park i Ogrody w Myślęcinku to idealne miejsce na spędzenie czasu z rodziną, jesteśmy tutaj każdego roku, lecz pierwszy raz wspólnie w rodzimym Zoo.
Niezwykłość tutejszego Ogrodu Flory i Fauny Polskiej, a dziś już Ogrodu Zoologicznego i terrarium, polega od momentu założenia Ogrodu w 1978 roku (aż po dziś dzień) na posiadaniu w tym obiekcie i na hodowli zwierząt i roślin z regionu całej Polski, w tym w dużej mierze gatunków będących pod ochroną. Młode zwierzęta do hodowli zostały podarowane z innych tego typu placówek i w latach osiemdziesiątych to typowo polskie 'Zoo' miało lata swojej świetności. Obiekt rozmieszczony został początkowo na 12 hektarach, a wraz z latami poszerzony, zagospodarowany i obecnie na 17 ha opiekujący się ogromną ilością zwierząt, także egzotycznych. 
Jedna z ostatnich inwestycji to terrarium z dużymi akwariami i nowymi gatunkami zwierząt ze świata. To także zagospodarowanie w samym centrum Zoo całkiem dużego terenu do pokazu, a przede wszystkim do życia tygrysa amurskiego (syberyjskiego), przywiezionego z Zoo w Emmun. Obecnie dostrzegliśmy dwa tygrysy. Całość inwestycji jest świetnie zorganizowana i przemyślana, są kraty, ale też przeszklone szyby dookoła. Nad 'tygrysim domem' mieści się taras z którego można obserwować króla, a następnie zejść schodami do przeszklonej dolnej części.
Ciekawostką a zarazem ogromną inwestycją w ogrodzie dawniej zwanym - Flory i Fauny Polskiej jest wybudowanie budynku mieszczącego terrarium, akwaria, i zoo botaniczne. Myślę, że jest to dobry krok, aby ożywić Ogród, poszerzając kolekcję zwierzaków, a także na skalę krajową - wprowadzić nowe okazy w jednym miejscu. To tutaj dawne wejście zostało zastąpione nowym budynkiem. Tu odnajdziecie też toalety, i bar serwujący kilka ciepłych dań - typu przekąski. Okna wystawowe to również akwaria dla koszatniczek, szynszyli, jeży, myszoskoczków mongolskich, chomików wschodnich, i innych.
W akwariach żyje ponad 50 gatunków gadów, płazów, ryb i bezkręgowców. Kolekcja żab, pająków, a nawet robaków - ta ostatnio bardzo spektakularna, ponieważ znajduje się tuż przy drzwiach wyjściowych, a robactwo biega sobie wolno po ekspozycji i jak się spojrzy - aż błyszczy.. W akwariach niektóre osobniki wręcz wpasowują się w otoczenie, trzeba się dobrze przyjrzeć. Robimy to z dużą przyjemnością, nie ma nic bardziej interesującego w Zoo od obserwacji zwierząt. Nie sposób w tym wszystkim od razu nie zobaczyć ogromnego krokodyla! Jaszczurki, gekon, gryzonie, ale też kolekcja motyli, ciekawa roślinność i dobre oświetlenie.
Spora część zwierząt pochodzi z egzotycznych zakątków świata, ale warto zatrzymać się przy terrarium dla znanych nam z polskich obszarów - gadów i płazów krajowych. No i oczywiście jest Wisłarium w którym pokazano w ogromnych panoramicznych akwariach nasze krajowe gatunki, sporo ryb, ale też płazy i gady żyjące w polskich rzekach (Wisła), chodzimy po podłodze - akwarium. Jest jeszcze ul z żywym rojem pszczelim... Nowe wrażenia, nowy obiekt. Ja, która tutaj bywała każdego roku jestem pod ogromnym wrażeniem!
Niektórzy piszą konkretne recenzje na temat tego miejsca opisując stare wybiegi choćby dla niedźwiedzia brunatnego, podwójne kraty, czy nie ukazujące nam zwierzaków w przybliżeniu wybiegi jeleni, wilków, itd. Jednak został już ogłoszony przetarg na wykonanie tych klatek i miejsc dla wspomnianych gatunków i wierzę mocno, że przy kolejnej wizycie będziemy mogli zobaczyć jak Zoo rozwija się bardziej, a zwierzęta mają jeszcze więcej miejsca - bardziej różnorodnego i wygodnego, po prostu nowego.
To w zasadzie główna alejka spacerowa w obiekcie, którą znam od lat. Wg mnie nie wymaga pilnych remontów, wybiegi są duże, ale skoro mowa o rozwoju - to jestem jak najbardziej na tak. Osiołki już biegną na powitanie. Niedźwiedź maszeruje za kratami razem z Alexandrem (jeden po jednej stronie krat, a drugi po drugiej). Można tu dowiedzieć się wiele o życiu niedźwiedzi z tablic informacyjnych. Idziemy wzdłuż, przechodząc obok obszaru dla wilków, docierając do klatek dla ptaków. Te mają naprawdę rajskie wnętrza, pełne roślinności.
Jest to środkowa część ogrodu i znajdujemy się właśnie na wysepce, gdzie też ptactwo ma wolny wybieg - jest bociek, czapla, kaczki, gąski i inne spacerujące ptaszki. Nie widziałam łabędzi (czarny i innych). W klatkach okazy rzadziej spotykane przy gospodarstwach oryginalne ptactwo. Ptaki ozdobne polskie mają swoje odrębne miejsce - bażanty, pawie i wiele innych. W dużych wolierach jastrząb, sokoły, myszołowy i orliki i kilka innych gatunków. Są też sowy, którymi moje dziecko jest oczarowane. Sowy lada moment doczekają się nowych klatek.
Tutaj też jest plac zabaw dla dzieci, gdzie robimy krótki przystanek, i Alexander testuje większość sprzętów - tym samym rozgrzewając się. Mamy dziś dość chłodny dzień, a temperatury są blisko zera. Z oddali widzimy żubry. A idąc przy wybiegu dla jeleniowatych - jeleni, sarn, łosi, danieli nie zauważamy ich niestety, ale możemy przeczytać interesujące opisy, wraz z obrazkami. To w Zoo bydgoskim jest pięknie wyeksponowane i wyraźnie widoczne także dla młodszych zwiedzających. Dziki buszują głośno, a na nasz widok chowają się.
Docieramy do okazów roślinnych - bluszcz. Tu lada moment rozpocznie się ciąg Zoo egzotycznego. Jest ogromny wybieg muflonów - bardzo fajnie wyglądający. Jest to teren z górzystą skarpą, wręcz, jak środowisko naturalne tych zwierzaków. Witamy się z panią lamą. Natomiast po prawej stronie mamy woliery z ptactwem egzotycznym. Oj głośno tu bardzo! Robimy mały przystanek przy rzeźbach z drewna, i kilka zdjęć pamiątkowych 'jak za dawnych lat'.
To właśnie jest 'skrawek świata', inwestycja z początkowych lat 2000 roku. Po prawej stronie spaceruje piękna zebra. "To Marty!" krzyczy Alexander zafascynowany podobizną ulubionego bohatera filmowego z Madagaskar. Trochę żal mi tej zebry, bo to nie jest jej środowisko z pewnością. Zatem rozmawiamy z Alexandrem i wyjaśniam Mu, że obecnie w Zoo dokłada się wszelkich starań aby zwierzęta żyły dobrze, aby gatunki przetrwały i żyły długo. Mówię Mu, że zwierzęta jak ludzie, też chorują. Tutaj mają na miejscu lekarza weterynarza, który dba o nie i dzięki temu przetrwają.
W życiu zwierząt z zoo naprawdę sporo się dzieje. Na przykład ta zebra ma 'kumpla' dzięki któremu czuje się bezpiecznie. Jest nim struś. Już po chwili robi się weselej bo po lewej ukazuje się zoo dziecięce, kozy biegną na spotkanie z nami. Kozy, świnki, króliki, kury, kuce, owce i żółw czerwonolicy - to właśnie jest wolny wybieg dla zwierzaków przyjaznych dzieciom.
Dochodzimy do budynku, i postanawiamy zatrzymać się tutaj na trochę, zjeść i wrócić, aby odwiedzić jeszcze środkową część zoo -tej, którą nie przeszliśmy. Wygląda ona bardzo przyjaźnie, choć kilka klatek określono jako klatki 'w trakcie modernizacji'. Niemniej już na samym starcie uwagę przykuwają kolorowe 'domki kangurów'. Kangury można poobserwować w zamkniętych pomieszczeniach, choć wychodzą też poza swoje mieszkanka. I tu właśnie spędzamy dużo czasu.
Jako ostatnie są w rzędzie klatki zamieszkałe, choć w dużej mierze z ukrytymi w norkach zwierzakami. Lisy, łasice, tchórz, skunksy, wydry, kuna domowa, borsuk, surykatki, Jest też miejsce rysia i żbika, nieco w bok. Z pewnością nie opowiedziałam Wam o wszystkich zwierzakach, ale wiedzcie, że jest ich znacznie więcej. Nam zimno nie pozwoliło na długie wyczekiwanie, aby wyszły, ukazały się, ale gdy tylko wybierzemy się tutaj w cieplejszych miesiącach - na pewno dam Wam znać jakiego zwierzaka udało się spotkać tym razem.
Jestem bardzo zadowolona z tej wycieczki, większość zwierząt przyjaźnie na nas czekało, nie były pochowane. Alexander był bardzo zadowolony z tej wyprawy, a ja mogłam powrócić myślami do pięknych lat mojego dzieciństwa. Zrobiliśmy nawet Alexandrowi kilka identycznych zdjęć - jak te czarno-białe robione mi ponad 30ści lat temu przez mojego tatę. ;) 
Ogród Zoologiczny w marcu czynny jest od wtorku do niedzieli w godz. 10-17. Bilet normalny: 15 zł Bilet ulgowy: 10 zł Bilet grupowy ulgowy (min. 20 osób): 8 zł od osoby Bilet szkolny (zajęcia dydaktyczne): 9 zł. Bilety z Kartą Rodzinną 3+ i Kartą Dużej Rodziny: ulgowy 7 zł, normalny 10 zł Dzieci do lat 3 mogą zwiedzać zoo za darmo. W kasie zoo można płacić kartą płatniczą.
ferie zimowe aktywnie - bydgoski Torbyd

sobota, marca 02, 2019

ferie zimowe aktywnie - bydgoski Torbyd

Nie mogło być inaczej. Ferie zimowe Alexandra udało nam się spędzić w Polsce. Ten rok planowo miał się okazać dla naszego dziecka przełomowy, w kilku kwestiach. Uznaliśmy, że pomożemy naszemu niespełna sześciolatkowi nauczyć się m.in. jeździć na łyżwach, i wykorzystamy okres zimowy na tego typu aktywności sportowe zimowe. Wiedząc, że przylatujemy do Polski postanowiłam pokazać moim chłopakom miejsce w którym spędzałam czas w moim rodzinnym mieście, co najmniej kilkukrotnie za czasów mego dzieciństwa (z wyjątkami, kiedy jeździłam na szkolnym lodowisku, zalewanym w latach osiemdziesiątych przed moją szkołą podstawową). Tak naprawdę nie jest to już to samo miejsce (inna ulica) - pozostała po nim nazwa - Torbyd
Bowiem dawne popularne bydgoskie lodowisko, nieczynne w ostatnich latach, całkiem niedawno przeniesione zostało z ulicy Jagiellońskiej na ulicę Toruńską w Bydgoszczy i mieści się teraz w Hali Widowiskowo-sportowej "Łuczniczka". Dlaczego o tym dziś piszę? No przede wszystkim dlatego, aby pochwalić moje dziecko, bo my zaczynaliśmy jeździć na łyżwach trochę później od mojego synka, a On w grudniu miał dopiero 5 i pół roku! Jest bardzo aktywnym dzieckiem, i taką aktywność należy wspierać, nawet jeśli sami mamy obawy ruszyć po wielu latach na znane nam z dzieciństwa 'rewiry'.
Kolejna kwestia to fakt, że uważam iż wszelkie ferie i oczywiście wakacje fajnie jest spędzać nie tylko w miejscach codziennych, i spokojnych. Jeśli dziecko jest ruchliwe i ma chęć na nowe przygody, to wręcz trzeba Mu umożliwić każdy rodzaj rozwoju. Polecam jazdę na łyżwach, bo lodowisko, jak się okazuje - bynajmniej to w Bydgoszczy, to naprawdę niedroga forma spędzania rodzinnie czasu, weekendów, i wreszcie ruchu sportowego dla dziecka.
W naszym mieście, w Irlandii Północnej, nie ma lodowiska. Można co prawda wybrać się na halę przy stolicy NI, ale jest to zarówno koszt podróży, jak i spore ceny wejściówek. Poza tym trzeba na to poświęcić tak naprawdę cały dzień - z dojazdem w dwie strony. Nie ukrywam, że cena tego wypadu to wydatek spory. Z dojazdem około 30 funtów. W porównaniu z wypadem w Polsce, który jest wręcz szokująco tani - kosztował mnie dla 3 osób dorosłych i jednego dziecka zaledwie 22 złote! Na terenie hali znajdują się szatnie, gdzie wypożyczycie sprzęt - łyżwy, kask dla dziecka, są trybuny. Oczywiście odbywają się też tutaj mecze hokeju, warto przed odwiedzinami zapoznać się z aktualnościami, kiedy jest czyszczenie lodu (przerwy), kiedy planowane są mecze. No i dobrze jest pamiętać, że w wybrane dni tygodnia na lodowisku jeżdżą grupy szkolne (klasowe). 
Na hali lodowej panują też pewne zasady, oczywiście małe dzieci do lat 7 muszą przebywać tutaj z dorosłym opiekunem. My zdecydowaliśmy się odwiedzić Torbyd z rodzicami chrzestnymi Alexandra. To idealne miejsce na przyjacielskie spotkania, a wg naszej obserwacji dziecko bardziej potrafi skupić się na instrukcjach osób nie będących rodzicem ;). I tak po godzinie jazdy - w zasadzie bez pomocnika (misia podtrzymującego, na którego liczyliśmy bardzo, a który zwolnił się tylko na chwilkę), za to z pomocą mojej przyjaciółki, nasze dziecko wystartowało śmiało po lodzie bez trzymanki!
Powiem Wam, że dla mnie jako dla rodzica chłopca, bardzo ważne jest, aby rozwijał się On aktywnie przez cały rok. Chciałabym też, aby czas przerw od szkoły spędzał na poznawaniu nowych miejsc, nie tylko od strony wizualnej, i na pewno nie przed telewizorem. Mimo iż nie zawsze pogoda na to pozwala, bez względu na życie w dość skromnym pod względem atrakcji dla dzieci Kraju, zależy mi, aby podróżując wykorzystać wszelkie możliwości odpoczynku i zarazem edukacji jakie daje nam każdy kolejny wypad. ;) Zatem jeśli tylko macie czas, i chęci - wrzućcie lekki, ciepły ubiór i pokażcie dziecku nowe atrakcje. Wybierzcie się na łyżwy. Polecam bydgoski Torbyd, który jest czynny przez cały rok. To moje dzieciństwo, a teraz i Jego.

http://www.luczniczka.bydgoszcz.pl/

W tym roku planowaliśmy też pierwsze zjazdy po bydgoskim Stoku Stefanowym. Jednak na tydzień przed naszym przyjazdem stok został sezonowo już zamknięty. Możliwe, że odwiedzimy go za rok, a może wykorzystamy inne możliwości, związane z miejscem pochodzenia męża - wybierzemy się na Słowację, bądź w polskie góry. A Wasze pociechy jak spędzały końcówkę zimy, ferie zimowe?

Znajdziesz mnie tutaj

Copyright © 2017 weekendownik