Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Slemish. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Slemish. Pokaż wszystkie posty
pielgrzym

środa, grudnia 14, 2016

pielgrzym



27  grudnia 2008 roku  Po niespełna dwunastu miesiącach życia na emigracji w NI, naszła mnie ogromna chęć aby wyruszyć w moją własną pielgrzymkę w bardzo interesujące miejsce nazywane świętą górą Północnej Irlandii. Slemish Mountain. Zyjąc wcześniej na południu Słowacji i niegdyś będąc ministrantem w kościele katolickim, odbyłem kilka pielgrzymek wraz z przyjaciółmi ze zgrupowania do którego należałem. W ogóle odkąd pamiętam zawsze mocno związany byłem z Bogiem, a dodatkowo chętnie wędrowałem odnajdując Go we wszystkim co po drodze napotkałem. Przez ładnych parę lat udzielałem się w skautingu, a siebie odnalazłem uprawiając sztuki walki i styl życia węgierski - baranta. Wiązało się to z częstymi wędrówkami i aktywnym trybem życia. Właściwie jak przybyłem do Ballymeny, skupiłem się na pracy, co bardzo mi zaczęło odpowiadać. Jednak przez cały czas natura i wędrówki pozostały dla mnie czymś ważnym, i wartością z której nie mógłbym całkowicie zrezygnować. Teraz, kiedy o tym opowiadam jestem już mężem i ojcem, głównie skupionym na naszej rodzince, choć wspólnie spacerujący, podróżujący (także na Górę Slemish) i właściwie to nie tęsknota, a raczej miłe doświadczenia powodują, że wspominam świetnie te wcześniejsze samotne wędrówki.

Pamiętam moment, jak podziwiałem z okna domu, gdzie zamieszkaliśmy z żoną już kilka lat temu, a także z widokówki kupionej w księgarni zupełnie na samym początku mojego pobytu w Północnej Irlandii -górę, oddaloną od naszego okna pewnie jakieś kilkanaście mil - wybaczcie za brak dokładności z google maps, ale wówczas w ogóle nie korzystałem z internetowych wskazówek. Zwykle do tego celu używałem wyczucia, wyobraźni, kompasu, własnych nóg, i wiedzy zdobytej podczas różnych obozów. To praktycznie zostało mi do dzisiaj, a z kolei moja żona jest bardziej związana z elektroniką, choć na szczęście oboje bez tego potrafimy świetnie sobie radzić. Tak więc pozostawiony sam sobie (nie samotny), po tym jak otrzymałem od zmęczonego 12 godzinną pracą kolegi odmowę na moją propozycję wspólnej pieszej wyprawy na Slemish, skoro świt wyruszyłem w trasę sam. Pamiętam, że temperatura w ciągu dnia utrzymywała się w granicach od 3 do 7 stopni.
na sankach w Slemish - mały podróżnik

niedziela, lutego 01, 2015

na sankach w Slemish - mały podróżnik





Wiatr dmucha i chucha, a nad głowami co rusz wychodzi cudne słońce. W Ballymenie dawno już śnieg stopił się, o poranku. Choć wstaliśmy bardzo wcześnie, na próżno szukać go nawet o godzinie dziesiątej. Wczoraj zrobiliśmy bardzo owocne zakupy, między innymi wzbogaciliśmy się o kolejny gadżet -a mianowicie sanki plastikowe dla Alexandra. Dlatego też nastawiłam się, że właśnie dziś pojedziemy pozjeżdżać trochę z górki i powozić Alexandra w Jego nowym pojeździe. Śnieg i miejsce do wędrówki, a także górkę znaleźliśmy w odwiedzanym przez nas od czasu do czasu zakatku. To góra Slemisch, położona nieopodal naszego miasteczka. Wspaniałe na poczucie klimatu zimowego. Choć w zasadzie, wróciliśmy tak rozgrzani i rozbawieni, że widać wystarczy trochę zapału i dobry nastrój, aby nie zmarznąć. Wtedy o zimie można powiedzieć, że jest naprawdę fajna. Bo jest! Czerpiemy z tego, co dała nam natura. Odwiedzamy ciekawe miejsca i wykorzystujemy wszelkie możliwości na dobrą zabawę na jej łonie. 















Więc dziś, maszerujemy, wypoczywamy, zjeżdżamy, łapiemy się nawzajem  po zjeździe, pijemy gorącą herbatę z termosu. Alexander początkowo jest niechętny na przejażdżkę sankami. Jednak tata przekonuje Go, że będzie dobrze się bawił. Alexander kiwa się na prawo i lewo, na ciągniętych sankach, aż wreszcie łapie równowagę i zaczyna się śmiać. Kilkanaście zjazdów, ja oczywiście z aparatem widzę cudowne krajobrazy no i oczywiście moich chłopaków uradowanych, potem zmiana, a nam coraz cieplej. Mogłoby się wydawać, że tacy z nas zapaleńcy, a  porządnych spodni my starszaki nie mamy na takie śnieżne podboje. Nasz synek jest zaopatrzony we wszystko. Chcemy Mu zapewnić, to co niezbędne. 


















My ogólnie nie jesteśmy zwolennikami takich górskich, zimowych wycieczek. Ale na te warunki, które tutaj panują wytarcza dobra wygodna kurtka, czapka, rękawiczki, i oczywiście chęci. Wydobyłam wreszcie swoją najcieplejszą sportową kurtkę z puchem (nie pikowaną), którą dostałam w prezencie od babci  dwa lata temu, i nawet o dziwo znalazły się buty śniegowce i grube legginsy. Z kolei Tibor narzucił swoją puchową, sportową kurtkę, którą bardzo lubię i czapę z pomponem, idealnie pasującą do jego dzisiejszych wariactw w śniegu. ;) Moje Kochanie najmłodsze wyglądał idealnie i widać, że tak też się czuł, bo wracając do domu złapaliśmy Go na tym jak uśmiecha się do swoich myśli, a w nocy słyszałam jak głośno śmiał się przez sen. :)







Znajdziesz mnie tutaj

Copyright © 2017 weekendownik