Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bratysława. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bratysława. Pokaż wszystkie posty
Bratysława zimą - weekendownik

sobota, stycznia 27, 2018

Bratysława zimą - weekendownik


Stało się wreszcie. W grudniu i styczniu odwiedziliśmy Słowację i Zamek w jednej z najmłodszych stolic Europy - Bratysławie, po czterech latach, udało się zobaczyć to miejsce, o którym marzyłam wtedy, gdy za pierwszym razem byliśmy z mężem w Jego rodzinnym domu. Przez ten czas przez Bratysławę przejeżdżaliśmy pewnie raz, lub dwa, ale niestety nie było czasu, aby tu spędzić kilka dni. Końcówka roku to ogromna niespodzianka, prezent na drugą rocznicę ślubu, gdy bawiliśmy się na Sylwestra w wyjątkowym miejscu. Dzisiaj napiszę Wam o Bratysławie z perspektywy tego wyjazdu i o kilku znanych miejscach, tym razem pokrytych śniegiem (poprzednim razem byliśmy w stolicy jesienią).


Pogoda okazała się dla nas na tyle przyjemna, że udało się w słońcu przespacerować przez najważniejsze części Starówki. W pierwszy dzień po przyjeździe do Bratysławy podróżowaliśmy razem z rodzicami chrzestnymi mojego męża po nowoczesnych osiedlach, po mostach. Z tego momentu nie mam wielu atrakcyjnych zdjęć, ponieważ sporo wykonywałam z tylnego miejsca pasażera, gdzie siedziałyśmy zagadane razem z ciocią. Aczkolwiek z wieczornych zdjęć bardzo chętnie pochwalę się Wam ujęciami Starówki udekorowanej świątecznie, choinki na Rynku Głównym, a także lodowiskami, których w tym mieście jest wiele i co więcej są zlokalizowane centralnie. Choć w Bratysławie na każdym kroku turystów nie brakuje, to lodowiska w ten dzień nie były przeładowane ludźmi (wszyscy ludzie już szykowali się na Sylwestra).



Nie wiem co magicznego ma to miasto w sobie, ale ja czułam się tutaj jak w domu. Porównując z Budapesztem, w którym też czasem jesteśmy, oczywiście nie możemy się spodziewać w Bratysławie tak okazałych budowli, ale jest całe mnóstwo mniejszych, uroczych i zadbanych zakamarków, zabytków, wartych obejrzenia.. z mężem - przewodnikiem (tak, z przewodnikiem możecie je znaleźć) za wyjątkiem dużego, największego zamku Bratysławskiego, którego odwiedzenie jest oczywiste, i każdy tutaj trafi, choć to nie lada wyczyn, bo znajduje się dość wysoko. Zamek w Bratysławie odwiedzają Europejczycy, ale też sporo tutaj innych narodowości. Po dostaniu się (taksówką) na Wzgórze Zamkowe, pierwsze na co zwróciłam uwagę, to obecność 'skośnookich' trzymających w dłoni maskotkę... Krecika.


Tak dokładnie, całe mnóstwo turystów po znalezieniu się tutaj poszukuje tej postaci, w sklepie z pamiątkami (można je znaleźć też przy Rynku, np. w sklepiku z krecikowymi upominkami). W takim sklepie znajdującym się przy dużej budowli Zamku jest też mnóstwo pięknego słowackiego rękodzieła i pamiątek w postaci kartek, czy magnesów, zegarów, obrusów, a nawet ubiorów ludowych. O zamku napiszę Wam w innym artykule, do tych skromnych informacji dzisiaj dodam tylko, że interesowało nas Jego odwiedzenie m.in. z perspektywy widoków na Stare Miasto ze skarpy, które tutaj mogliśmy podziwiać spacerując.


Post udostępniony przez Magdalena (@weekendownik)

Weszliśmy też na dziedziniec i obejrzeliśmy część ogrodową, która co prawda o tej porze roku była niedostępna, aczkolwiek sam efekt mozaik roślinnych widoczny był z pewnego miejsca z którego dodatkowo wykonałam kilka fotografii. Idealnym rozwiązaniem w przypadku porannego rozpoczęcia zwiedzania Miasta Bratysława jest podobnie jak w naszym przypadku udanie się autem (tudzież taksówką) na samym początku dnia do Zamku, z którego będzie już łatwiej powrócić 'z górki' czy to drogą przez najstarszą bramę, bądź zejściem tuż za Zamkiem. Jest kilka ścieżek wyjściowych i kilka pięknych bram, ale wszystkie prowadzą do cudownych uliczek, najstarszych w Bratysławie, gdzie poczujecie się jak w bajce.



Patrząc z góry zobaczycie po prawej stronie Rzekę Dunaj i Nowe Miasto oraz prowadzący tam Most, na którym usytuowana jest restauracja zwana Ufo, natomiast na wprost, praktycznie pod zamkiem rozpościera się widok z wieżyczkami kościołów i mury obronne miasta. Idąc tędy napotkacie różne kościółki i bary w dawnym klimacie, także kościół koronacyjny monarchów węgierskich  sprzed ponad 300 lat - Katedra Św Marcina. Więc którą z dróg wybieracie? My zawróciliśmy na chwilę zerknąć na słynne bratysławskie auta historyczne, busy turystyczne, czerwony presporacik i biały, które zabierają szczególnie grupy ludzi i osoby uprzednio składające rezerwację na taki przejazd.




Pewnie znajdziecie namiar w Internecie, wpisując hasło: czerwone auta bratysławskie. Stąd możecie przejść spacerem na dół i znaleźć się obok kościoła Św Marcina, spacerując uliczką Michalską przejdziecie koło ciekawego budynku, który wyda Wam się nietypowy i wokół niego będzie ostry zakręt. Ten dom to bardzo interesujący zabytek - najwęższy dom w Europie zwany Domem Dobrego Pasterza. Tutaj niegdyś znajdowała się kwiaciarnia, podczas rozbiórek murów w XVIII w. jedyny budynek, który zachował się to właśnie ten liczący w najwęższym miejscu 1,30 m szerokości dom. Obecnie mieści się tu Muzeum zegarów.





Tuż za nim już dostrzeżecie Mury Miasta Bratysława. Historyczne Mury pozostały praktycznie w stanie nienaruszonym z dwiema wieżami, można je dokładnie zobaczyć w sezonie letnim, idąc na skróty z Zamku. Dalej rozpościera się ulica żydowska, gdzie znajdziecie Muzeum Kultury Żydowskiej. Stąd już blisko do dwóch kościołów, przechodząc przez mostek tramwajowy z którego zobaczycie ciekawą panoramę Bratysławy, a po jego przejściu dotrzecie do dzielnicy Zupne Nameste i do Kościoła Kapucynów. Tuż przed nim biegnie linia tramwajowa, jednak my nie zamierzamy jechać, a iść dalej.


Za to zatrzymujemy się w drugim kościele, położonym może z 300 metrów dalej, gdzie odkrywamy przepiękną szopkę bożonarodzeniową, i wyjątkowo piękne wnętrze. Na uwagę zasługuje ciekawa budowa wzniesiona przez zakon Trynitarzy, przypominająca i wzorowana na wiedeńskim kościele św. Piotra. W kościele jest ogromne bogactwo barokowe, nawet drzwi otwiera się mosiężnymi złoconymi klamkami. W tym kościele zatrzymujemy się na dłużej. Po wyjściu z niego zaczyna się już ściemniać. Warto zatem iść dalej, w kierunku Bramy Michalskiej, gdzie powracamy po kilku latach, gdyż ten odcinek Starego Miasta odwiedziliśmy z mężem, gdy Alexander miał kilka miesięcy.






Miło teraz iść od 'drugiej strony i przejść przez najstarszą bramę kładką wśród wielu innych turystów. Brama Michalska jest budowlą ze średniowiecznych murów warownych o wysokości 51 metrów, a na jej szczycie znajduje się XVIII wieczna rzeźba Michała Archanioła. Przechodząc przez bramę nie zapomnijcie spojrzeć w dół, gdzie odnajdziecie złocisty krąg w kamieniu, z nazwami miast i odległości które dzielą je od Bratysławy. Zaraz po wydostaniu się z bramy, trudno nie zauważyć bardzo wąskiej uliczki Basztowej. Stąd już bardzo niewiele dzieli od Rynku Głównego, na którym rozbłysły już światełka, pięknie udekorowane na Święta wystawy sklepowe, a nawet zewnętrzne dekoracje należące do sklepów mienią się o tej porze roku, a duża żywa choinka jest jedną z kilku w Bratysławie.




Warto spojrzeć za siebie i zerknąć na wieżę tuż nad bramą, a później już iść dalej, lub wejść w jedno z podwórek, w którym znajdują się bratysławskie galerie, restauracje, kawiarnio-galerie i kluby. Tutaj wieczorem tętni życiem. Skręcamy w boczną uliczkę, gdzie widzimy na wystawie dobrze znajomą postać Krecika. Wchodzimy na chwilkę i czekamy w kolejce, aby kupić kilka gadżetów dla synka, m.in duży zeszyt ćwiczeń z krecikiem. Kto by pomyślał, że ta postać bajkowa znana głównie z praskich (czeskich) sklepów, zagości także w Bratysławie. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ, gdy bajka powstawała na terenie dawnej Czechosłowacji, a obecnych Czech, dzieci urodzone wtedy miały ją za rodzimą bajkę (także Ci mieszkający teraz na Słowacji). To Kraje i narodowości się zmieniły, ale nie przyzwyczajenia, nie ludzie i nie Krecik. :)





Wracając do ulicy Michalskiej, po której dalej kroczymy.. Gdy byliśmy tu kilka lat temu, cały wieczór spędziliśmy w jednej z restauracji. Tym razem idziemy dalej i zanim jednak wejdziemy na Rynek, który już znamy, mąż proponuje zajrzeć do Kościoła Franciszkanów, gdzie często jako student bratysławski chodził się modlić. Po pewnym czasie zmierzamy ku końcowi naszej wyprawy, która jednak potrwała jeszcze dobrze ponad godzinę zanim wsiedliśmy do taksówki. Otóż idąc po jednym z placów Hlavne Nameste (Rynek Starego Miasta) popatrzeliśmy na Stary Ratusz Miejski, najstarszy budynek stolicy, i na wysoką, zieloną choinkę w tym miejscu.






Teraz Radnica wygląda zupełnie inaczej niż jesienią, jeszcze tydzień temu był tutaj ogromny Jarmark Świąteczny, a dziś pozostały tylko dekoracje. Z daleka podziwiać można najstarszą w stolicy fontannę Rolanda, (tu zdjęcie sprzed kilku lat), która teraz była bardzo mocno udekorowana wężami świetlnymi. Za to pokierowani mocniejszym chłodem, szliśmy dalej w kierunku Dunaju, przechodząc pod sklepieniem Ratusza, przez renesansowy dziedziniec na mniejszy plac Prymacialny (Plac Biskupów). Robimy to podziwiając sklepienia gotyckie, i szopkę bożonarodzeniową wykonaną z drewna, oraz pomnik Jerzego i kolejny pomnik, wszystko w oddzielnych fragmentach budynku. W ten sposób ukazuje się Pałac Arcybiskupi i tuż przed nim, gdzie zazwyczaj stoją ławeczki umieszczono lodowisko.





Pora udać się na Hviezdoslavovo Namesti. Drepcząc już nieco szybciej wąskimi ulicami docieramy do owego placu, gdzie teraz oprócz dużego budynku Teatru Narodowego Słowackiego nie sposób nie zauważyć ogromnej żywej choinki, a w oddali dużych reflektorów. To ostatnie to z naddunajskiego placu, gdzie trwają próby przed zbliżającym się Sylwestrem. Przystajemy przy operze (tu zdjęcia dzienne sprzed kilku lat) i potem idziemy wzdłuż hotelu Carlton Savoy, najlepszego w mieście. Przechodząc w okolice fontann odkrywamy regionalną kuchnię pod olbrzymim namiotem i przy palenisku jemy gorący obiad, ogrzewając się. Po czym wyruszamy jeszcze na krótki spacer przy Dunaju, i zamawiamy taksówkę do naszego hotelu.


Z miejsc, które zobaczyliśmy następnego dnia przejazdem, lub podczas poprzednich odwiedzin, mogę Wam jeszcze polecić: obejrzenie Pałacu Prezydenta, mniejsze fontanny i pomniki za placem teatralnym (pomnik Hansa Chrystiana Andersena czy fontanna Dziewczyna z Sarenką). Most SPN (Słowackiego Powstania Narodowego), dawniej zwany Novy Most z całkiem ruchomą restauracją na nim o nazwie UFO (93 metry wysokości). Kilka rzeźb ulicznych podobnych do wrocławskich krasnali. Kilka kościołów, Klarysek czy Modry Kostolik. Warto też przepłynąć się łódką po Dunaju.  Poza Starym Miastem zobaczcie Zamek Devin. Bardzo lubię Stare Miasto Bratysława za wszystko, za bliskość zabytków, za wszelkie urocze zakamarki, za romantyczne chwile tu spędzone i chętnie tu powrócę z rodziną. A Wam, jak podoba się Bratysława?







bakława noworoczna w wersji wegetariańskiej - Weekendownik

niedziela, stycznia 07, 2018

bakława noworoczna w wersji wegetariańskiej - Weekendownik

Bakława to według mnie najsmaczniejszy deser jaki kiedykolwiek jadłam. Ten kto wymyślił przepis na nią, wiedział co znaczy słowo dobre. Tak naprawdę dokładnie nie wiadomo, gdzie po raz pierwszy ją przyrządzono, ale uznaje się, że te narody, które mówią, że jest ona deserem narodowym, wcale się nie mylą, gdyż w czasach, gdy po raz pierwszy pojawiła się w Cesarstwie Otomańskim jako prosty deser bakaliowy nasączony syropem - wszystkie te kraje należały wówczas do tego Cesarstwa. Środkowy Wschód, teren Wschodnio Śródziemnomorski, Bałkany, Kaukaz; Turcy, Arabowie, Żydzi, Grecy, Armeńczycy, Bułgarzy. Natomiast najstarsze wzmianki o przesmacznej i bogato nadzianej bakławie wywodzą się z Pałacu w Topkapi w Turcji. Przepis na bakławę już raz zamieszczałam około 2 lata temu. Robiłam ją z ciasta francuskiego, dokładnie wg przepisu ze słowackiego wydania kuchni Lidla. Bakława wyszła pysznie, idealnie w smaku, z trzech warstw ciasta francuskiego, które nie jest typowym cienkim listkowym ciastem filo. Jedna osoba nawet zarzuciła mi, że to co zrobiłam nie było bakławą. Cóż mogę rzec, skoro jej w 100 % nie przypominała, ale smak miała identyczny? Prawdę powiedziawszy bakławę jadłam już od tej pory kilka razy i wszystkie, również poprzednia wersja z bloga smakowały bardzo podobnie. Tym razem chcę Was zaprosić na wyjątkową bakławę z naszego noworocznego stołu, w wersji zdrowszej, aczkolwiek równie pysznej i nie odbiegającej smakiem od tej tradycyjnej wysokokalorycznej popularnej Baklavy. Jestem też szczęśliwa, bo udało mi się kupić na Słowacji opakowanie cieniutkiego ciasta filo w arkuszach. Wiadomo, tam gdzie jest bakława, tam jest przepych, 'bogactwo', nie tylko w cudzysłowie, bo tak naprawdę to deser napakowany bakaliami i słodkościami z życzeniem Udanego i Do siego Roku.



tradycje bożonarodzeniowe i noworoczne na południu Słowacji, Weekendownik

sobota, stycznia 06, 2018

tradycje bożonarodzeniowe i noworoczne na południu Słowacji, Weekendownik

Kiedy kilka lat temu, po raz pierwszy wspomniałam Wam o tradycjach panujących na Słowacji , podsumowałam, że jesteśmy pod tym względem bardzo podobnym narodem i widziałam wiele podobieństw, m.in w wyznaniu religii, czy w kuchni. Teraz, kiedy po raz pierwszy spędziliśmy Święta w domu rodzinnym mojego męża na granicy Słowacji z Węgrami, poznałam całą paletę tradycji tych dwóch narodów - typowo świątecznych i zrozumiałam, jak bardzo się myliłam parę lat wstecz. Okazuje się, że nie miałam pojęcia o tych różnych odmiennych od naszych polskich detalach tradycji bożonarodzeniowej. A jest kilka ciekawostek, o których dzisiaj Wam mogę napisać dzięki ich zasmakowaniu, a także opowieści mojego męża, Jego rodziców i rodziców chrzestnych. Muszę przyznać, że w takim mieście, jak to w którym urodził się mój mężuś, ten okres to mieszanka dwóch kultur. Właściwie widać to nie tylko podczas różnych uroczystości, a już na co dzień, gdzie nie jest to nowością, że całe społeczeństwo południowej Słowacji używa biegle aż dwóch języków - słowackiego i węgierskiego w urzędach, sklepach, a Pasterka na której byliśmy, odprawiona była w języku węgierskim. Każda gospodyni, jak przystało na Panią domu mieszkającą na dolnej Słowacji, mającą męża Węgra, lub ojca Węgra, a matkę Słowaczkę,( itp.) zachowuje Ona większość tradycji z domu dziada i pradziada, a i również z domu swojego męża. 
Tak więc w takim domu zasmakujecie też mieszanej kuchni, podobnie jak ja. Doznałam ogromu tradycji, których w całości nie mogłam doświadczyć, gdyż zaczynają one się już na kilka tygodni przed świętami i w dzień 6 grudnia-  u nas w Polsce to Mikołajki a na Słowacji 'Biskup' Mikołaj. W ten dzień dzieci rozpoczynają układać na parapecie skarpetki, buty lub listy do Dzieciątka Jezuska z prośbami o darczyki, a rodzice darują dzieciom czekoladki Biskupa Mikołaja (podobne do naszych) i owoce. Później jest dzień 13 grudnia, święto Św. Łucji, uznawane za taki dzień, gdy kobietom nie pozwala się wykonywać żadnych prac domowych. Dawniej w małych wsiach (szczególnie w pewnych regionach węgierskich) nic nie można było robić oprócz łuskania fasoli, lub przebierania pierza, a gospodynie przyzwyczajone do prac domowych namaczały jedynie nasiona i gałązki w wodzie, z kolei panny na karteczkach zapisywały imiona męskie, paląc później aż do Świąt po jednej kartce, i na koniec poznawały imię swojego przyszłego męża. Dzisiaj nie wszystkie te wierzenia pozostały, jednak sporo tych przesądów i zwyczajów związanych z jedzeniem i ucztowaniem świątecznym jest nadal zachowana.
Do tradycji słowackich, węgierskich, podobnie jak w przypadku zwyczajów polskich należy spędzenie Świąt z rodziną, przed Wigilią odwiedzenie grobów na cmentarzu a po Wigilii udział w Pasterce, gdzie rzeczywiście cały kościół jest pełen ludzi. Co prawda w powietrzu, w pięknie wystrojonym kościele, unosi się zapach alkoholu, ale w tym przypadku raczej mowa o jego dobrym wpływie na zdrowie przybyłych w zimie o północy parafian (którzy o dziwo są bardzo rześcy i w dobrym stanie fizycznym). ;) Słowacy z południa kraju, i jak mniemam z całej Słowacji po prostu lubią wypić dobre, suche wino, czasem jakieś mocniejsze śliwowe alkohole też. Pamiętam nawet historię pewnego polskiego księdza, który opowiadał nam jak przejeżdżając wiele lat temu przez graniczną miejscowość Sahy w kierunku Węgier został ugoszczony dobrym trunkiem, który w mroźny wieczór 'postawił go na nogi'. ;) Węgrzy mieszkający na dolnej Słowacji uwielbiają kolędować, a przed posiłkiem Wigilijnym modlą się i każdy z rodziny śpiewa kolędę (również ja po polsku zaśpiewałam, a Alexander po angielsku). Na Węgrzech popularne są jasełka, podobnie jak w innych Krajach Europy. Oczywiście najważniejszym elementem przygotowań do Świąt jest ubieranie choinki. Choć zwyczaj słowacki pozwala na ubieranie choinki już na początku grudnia, to jednak w domach węgiersko słowackich i w miejscowościach na południu Słowacji często można zobaczyć choinkę dopiero w ostatnią niedzielę przed Świętami. Jako, że w tym roku Adwent zakończył się dokładnie w Wigilię, tak niektórzy stroili choinkę dopiero w południe przed samą wieczerzą. Ostatnia niedziela adwentowa nazywana jest przez Węgrów złotą i jest niedzielą, gdy powinno się robić porządki, zakupy i wybierać choinkę.
Zazwyczaj jest to kultywowane, w tym roku nie było to możliwe, gdyż żadna z kobiet nie zdążyłaby z przygotowaniem do Świąt, tym bardziej w takich miejscowościach jak ta z której pochodzi mój mąż, gdzie sklepy już od 12 w sobotę są zamknięte. To wszystko co kończy się wraz z niedzielą złotą ma ścisły związek z adwentem i z poprzednimi tygodniami, kiedy zapalane są zarówno w domach jak i miejskie wieńce adwentowe z czterema świecami, lub lampionami. Właśnie te wieńce są zapalane co tydzień (tygodnie zwane kolejno: papierowy, brązowy, srebrny i złoty), w grudniu, aż do Świąt (do zakończenia Adwentu).. Pod słowacką choinką świąteczną znajdują się prezenty dla najbliższych, a ciekawostką jest to, że nie przynosi ich gwiazdor a narodzone Dzieciątko Jezusek. Na rynkach Słowacji i w kościołach zobaczycie przepiękne szopki. W tym roku będąc na Słowacji przechodząc przypadkowo i zwiedzając a także będąc w 4 kościołach naliczyłam ich aż osiem. Te szopki są wyjątkowo duże i okazałe. Sylwestra i Nowy Rok też opiewają pewne przyzwyczajenia, większość z nich jest podobna do polskich, np. huczne zabawy i toasty, składanie życzeń, wychodzenie na zewnątrz z domów i lokali. Oprócz tego jest kilka przesądów, których przestrzegają szczególnie Węgrzy. Otóż w Nowym Roku - 1 stycznia to mężczyzna pierwszy wita się i pozdrawia ze znajomymi, składając życzenia. Ma to przynosić szczęście przez cały rok. Poza tym symbolem powodzenia i do siego roku jest prosiak im bardziej różowiutki, tym lepiej. Unika się gotowania i jedzenia drobiu. My otrzymaliśmy od rodziców chrzestnych męża podkówkę z osadzonym prosiaczkiem. :) Takie podarunki w Nowym Roku wręczają sobie Słowacy i Węgrzy.
Jedzenie. Podobnie jak w Polsce, węgierska tradycja mówi, że pod obrus wkłada się sianko, zboże, które po świętach wykorzystywane jest do pieczenia chleba, co ma przynieść urodzaj domowi. Niewątpliwie wspólną cechą podczas świąt słowackich i węgierskich jest obecność na stole i w domu czosnku, który ma przynosić zdrowie domownikom. Oczywiście w Wigilię u moich teściów nie zabrakło czosnku, który zgodnie z kulturą słowacką spożywany jest z chlebem i z toastem alkoholowym przed wieczerzą wigilijną, natomiast w stylu węgierskim jest jego zamoczenie w miodzie. Podobnie Węgrzy robią z orzechami i z jabłkami, to potrawy ze stołu wigilijnego. Zastanawiacie się pewnie, co z opłatkiem w czasie wspólnej kolacji rodzinnej? Oczywiście ja opłatek zabrałam zgodnie z tradycją polską nim się połamałam wraz z życzeniami (te składa się na Słowacji podczas toastu). Natomiast w rodzinie mojego męża domownicy dzielą się na znak miłości i jedności w rodzinie kawałkami jabłka, oraz innymi owocami, z kolei po Wigilii popularne są zakuski słowackie zwane opłatkami, które gospodyni robi sama, wówczas są zwinięte w ruloniki. Można je też kupić w sklepie. Takie opłatki świąteczne są okrągłe, smaczne, i bardziej słodkie od białych polskich. Opłatek słowacki jest koloru blado beżowego.
Gdy zasiądziemy do stołu, to w pierwszej kolejności zastaniemy poczęstowani kapustnicą, a nie barszczem (ten nie jest znany na Słowacji). Jest to zupa z kiszonej kapusty, w rodzinie mojego męża wykonana bez mięsa i kiełbas, aczkolwiek w większości rodzin słowackich nie przestrzega się postu i tutaj mogą pojawić się kiełbasy lub mięso. Dalej zgodnie z tradycją zarówno Słowacy, jak i Węgrzy spożywają duże ilości ryb, karpia, ryb smażonych i jedzą je ze słowacką sałatką ziemniaczaną, podobną w smaku do polskiej (przeważnie zrobiona bez dodatku marchwi i groszku). Jeśli mowa o takich charakterystycznych świątecznych smakołykach, to nie może zabraknąć strucli z makiem i z orzechami. Jest to przepyszne ciasto, z mężem uwielbiamy orzechową. Gospodyni domu powinna to ciasto wypiec i rozdać, także sąsiadom. Pochodzenie strucli jest węgierskie, aczkolwiek na Nowy Rok w stolicy Słowacji - Bratysławie też posmakowaliśmy tego ciasta w hotelu. Na choince porozwieszane są cukierki w kolorowych foliach i w kilku smakach, na Węgrzech zwane szaloncukor. Tradycja mówi, że można je zjadać z choinki. Dawna węgierska tradycja szanuje okruszki pozostałe po wieczerzy wigilijnej, które gospodyni zbiera, co ma przynieść zdrowie. Słowacy pieką zakuski (ciastka) których powinno być dwanaście, a niekiedy też pieką coś na wzór chałki z bakaliami. Bardzo odmienne od naszych zwyczajów jest to, że na Słowacji wigilijny stół nie jest cały zastawiony, a potrawy kolejno wnosi tylko i wyłącznie gospodyni domu.
biżuteria wymienna idealna na specjalne okazje - Mi Moneda

wtorek, grudnia 15, 2015

biżuteria wymienna idealna na specjalne okazje - Mi Moneda

Mi Moneda to hiszpańska biżuteria wymienna projektowana w myśl duchowych idei.. Marka oferuje modne, luksusowe wyroby jubilerskie inspirowane starymi monetami. W ofercie znajdziecie kolczyki, wisiorki, medaliony, bransolety. Wisiorki wykonane są w większości ze srebra, lub srebra pozłacanego złotem. Oprócz wyboru rodzaju wisiorka również istnieje możliwość wyboru wielkości medalionów. Marka Mi Moneda pozwala budować własną, oryginalną biżuterię według swoich pomysłów.

Wystarczy samodzielnie je skomponować, wybierając klejnot, który będzie uzupełniać medalion i podkreślać Twój styl... Odrobina piękna ukryta w wisiorku. Sama możesz zadecydować na jaką okazję włożysz swoje Mi Moneda. Sama możesz zdecydować, który z klejnotów wkomponujesz w wisiorek na daną okazję. Poczuj się odrobinę jak projektantka, a na pewno poczuj się jak pani swojego losu. Dzisiaj wybierasz się na party zimowe, jutro idziesz na spotkanie z przyjaciółką, za tydzień jedziesz na podbój plaż. Za każdym razem towarzyszy Ci Twój indywidualny wisiorek. Możesz dopasować zarówno wisiorek z oferty, a później wybrać medalion, lub wypełnić wisior dowolnym klejnotem z listy oferowanych. Baw się kolorami, każdy klejnot kryje w sobie inną tajemnicę, każdy ma inny odcień, dopasowuj je do swojego nastroju, lub do kreacji. Klejnoty są na tyle duże, że będą widoczne w Twojej stylizacji, a na tyle wysublimowane, że nie będą sprawiały ciężkiego wrażenia całości. Mi Moneda daje Ci możliwość zaprojektowania własnych wisiorków, umożliwiając jednocześnie opcję gotowych medalionów na specjalne okazje. jest ich całe mnóstwo. Znajdziesz je na stronie firmy. 

Bratysława, tak na zakończenie - mały podróżnik

piątek, listopada 01, 2013

Bratysława, tak na zakończenie - mały podróżnik



Ostatni dzień w Sahy, to dzień pożegnań, bardzo smutny dzień dla nas wszystkich. Bardzo wczesnym rankiem postanowiliśmy wyruszyć do Bratysławy -stolicy Słowacji na obiecaną mi przez Tibora wycieczkę. Następnego dnia wracaliśmy do Irlandii. Cały ten plan i podróż okazały się trafnymi decyzjami. Mogłam wreszcie zobaczyć uroki tego Miasta, i oczywiście część z tych odwiedzonych miejsc i nasze wrażenia - utrwaliliśmy na zdjęciach.

Największe wrażenie na mnie osobiście wywarł spacer przy brzegu rzeki Dunaj, który zrobiliśmy już pod koniec dnia, pięknie zachodzące słońce i widok MostuWielkiego o bardzo nowoczesnej konstrukcji, utrwaliły mi się w pamięci najbardziej. Poza tym spacer był długi i przebiegał w bardzo wesołej atmosferze, żeby nie powiedzieć, że wręcz w szalonej.. ;) i po nim już w zasadzie skierowaliśmy się do hotelu na przepyszną obiadokolację i deser przy świecach.


Oczywiście obeszliśmy całą Starówkę, która jest piękna, ulice Śródmieścia są tak bogato budowane i zachowały swój starodawny klimat. Piękny jest budynek Narodowego Teatru Słowackiego, przy którym zatrzymaliśmy się też na dobrą godzinkę. Tam przysiedliśmy przy fontannie, i tam też w pobliżu teatru karmiłam Alexandra jeszcze lekko ciepłym mleczkiem.



W otoczeniu było takie mnóstwo ludzi jednocześnie, jakich widziałam tylko w Gdańsku i Sopocie w środku sezonu jakieś dziesięć lat temu... Wszyscy uśmiechnięci i podekscytowani zwiedzaniem. Jest co podziwiać! Do tego przepiękne słońce, choć przy tym spory chłód. Zeszło nam na tym zwiedzaniu dobre pięć godzin. 


Lecz co to jest w stosunku do ogromu nieobejrzanych zabytków i tego co można zobaczyć będąc tutaj choćby kilka dni? Jest jeszcze sporo modernistycznych fragmentów miasta, w innych dzielnicach, które, mam taką nadzieję, będę miała okazję kiedyś z moją rodziną odwiedzić.. Jedno wiem na pewno, chcę tam wrócić, i odwiedzić Zamek Bratysławy bliżej. Może w przyszłym Roku? Może też wówczas przyznam mu taką punktację, wyższą, w jakiej oceniają go niektórzy podróżnicy?


Znajdziesz mnie tutaj

Copyright © 2017 weekendownik