Pokazywanie postów oznaczonych etykietą park. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą park. Pokaż wszystkie posty
na wakacjach w Pickie Park, Bangor

niedziela, października 03, 2021

na wakacjach w Pickie Park, Bangor

To były fantastyczne wakacje! Cała nasza rodzinka zrealizowała swoje wymarzone plany, znaleźliśmy się wszędzie tam, gdzie zapragnęlimy. Najważniejszym punktem, ważniejszym nawet od spacerów w przepięknych ogrodach, było rodzinne i zabawne spędzanie czasu. Priorytetem w te wakacje, była radość naszego dziecka i całej naszej familii. Ponieważ nie podróżowaliśmy nigdzie samolotem, nie komplikując sobie życia, przez wypełnianie różnych formularzy, my postanowiliśmy dobrze bawić się na całej wyspie irlandzkiej. Owszem, dużo podróżowaliśmy, dużo widzieliśmy, ale gdzieś pomiędzy tym dbaliśmy też o relacje z przyjaciółmi. I tak moje dziecko spędziło część wakacji ze swoją najlepszą przyjaciółką, nawet po kilka dni. Raz u nas, raz u Niej. My również utrzymywaliśmy się z tą rodziną w ścisłej bańce i spędziliśmy z Nimi wiele fajnych chwil, Były wypady nad wodospady, a także na plaże, czy po prostu spacery. Niemniej nasze pociechy to wciąż jeszcze dzieciaczki -8 latki, i nie we wszystkie podróże mogliśmy pozwolić dzieciom ruszać razem z jedną rodziną i rozdzielać się od nas rodziców. 

Właśnie jedną z takich podróży była ostatnią wyprawa naszej rodzinki w wakacje. W ostatnim tygodniu przed rozpoczęciem roku szkolnego wyruszyliśmy tylko w trójeczkę, zjeżdżając każdego dnia dalej, dalej na południe Irlandii.  Zaczeliśmy od Bangor w Irlandii Północnej w temperaturach upalnych. O tym dziś wpis. Ostatecznie znaleźliśmy się na samym południu Irlandii. Jako ciekawostkę napiszę Wam, że planowaliśmy tym razem odwiedzić cały zachód wyspy, poczynając od Donegal aż chociażby do Galway. Jednak na trzy dni przed wyprawą, podczas rezerwacji noclegu, zrobiliśmy zupełny odwrót, i zorganizowałam dokładnie pod kątem pogody - podróż po wschodniej i centralnej części Wyspy. My zachód Irlandii, to pewne, odwiedzimy jeszcze. I będzie to wtedy, gdy tam będzie wiele słońca. Za jazdą aż po Wexford przemawiała właśnie przepiękna i jeszcze letnia w pierwszych dniach, i pod koniec tego urlopu -przyzwoita, aura. Bo kiedy w Donegal i Sligo był deszcz i 16 stopni, tam gdzie byliśmy my było kolejno od 25 do 18 stopni, i prawie zawsze słońce. Ani razu nie spadł deszcz!
I tak oto w jednym z bardziej gorących dni, o poranku, spakowani, i wyluzowani wyruszyliśmy w odległą podróż, zaczynając rodzinną przygodę od miejscowości Bangor, oddalonej od naszego miasteczka o niespełna półtorej godziny trasy. Bangor powitało nas już w przedpołudniowych porach pięknym, niebieskim, czystym niebem i słoneczkiem, oraz całkiem sporą ilością turystów. W Bangor byliśmy już w chłodniejszych miesiącach, kilka lat temu, kiedy niestety z najważniejszej atrakcji - czyli parku rozrywki dla rodzin z dziećmi nie mogliśmy wtedy skorzystać. Był zamknięty. KLIK I choć jakoś tak wcale usilnie nie planowaliśmy tutaj w tym celu powrócić, a raczej po prostu rekreacyjnie (jest to miejscowość wypoczynkowa), to w tym roku pomyślałam, że jest to ostatni gwizdek, aby tu poszaleć z dorastającym synem!
Jestem pewna, że mam rację, ponieważ nasz syn ma już sporo nowszych zainteresowań, związanych z innymi dziedzinami zabaw i nauki. Z roku na rok zauważam, jak bardzo poważny jest w swoich marzeniach, i dobrze wyłapałam, że tego Mu po prostu jednak trochę brakowało. Każdy ośmiolatek pragnie, aby spontanicznie zabawić się w takim miejscu, poszaleć, pograć, i spędzić dzień z rodzicami. Zazwyczaj jakiekolwiek parki rozrywki odwiedzaliśmy w Polsce, ponieważ w Irlandii jest tylko kilka takich miejsc. Podsumowując - dzień w Pickie Park będzie niezapomniany dla naszego ośmiolatka i dla nas rodziców.. 
Po przybyciu i przedstawieniu największego pakietu tokenów, mogliśmy rozpocząć zabawę. Oczywiście na pierwszy rzut poszły łabędzie - rowery wodne, które 'pływają' po jednym z dwóch basenów specjalnie na tę okazję przystosowanych. Kiedy wsiadaliśmy do łabędzia, wszystkie po kolei były wypożyczane. Natomiast za naszym drugim podejściem (gdy chłopaki wzięli łabędzia po raz drugi w ciągu dnia), ludzie już czekali w kolejce na wypożyczenie. W tym dniu było naprawdę sporo odwiedzających Pickie Park. Jednak, gdy my tutaj dotarliśmy mogliśmy jeszcze swobodnie przez godzinę zażywać kilku atrakcji bez stania w kolejce. Dlatego polecam przyjazd przed południem.
Kolejną atrakcją były wagoniki, na jakie moi chłopcy wsiadali dwa razy w ciagu dnia. Bardzo fajna zabawa, dużo radości. Jak dobrze widzieć Ich takich rozbawionych! Gdzieś w oczekiwaniu na przejażdżkę kolejką wąskotorową mój syn wypatrzył sobie celowanie do tarczy z wodą. Bawilismy się wszyscy troje na maksa! Po podróży kolejką, która objeżdża dookoła cały Pickie Park, postanowiliśmy trochę zrelaksować się sportowo. Ponieważ wszyscy lubimy pograć w golfa, spędziliśmy tam pewnie około godzinę. Całe pole minigolfa jest trafnie skonstruowane i w związku z tym nie ma nudy. Moje dziecko aż dwukrotnie trafiło za pierwszym razem piłeczką do otworów. Chwile uwieczniono na fotografiach.
Z ciekawszych atrakcji, jakie wywołały dużo uśmiechu, było kierowanie disco kaczką po wodzie. Nawet wymagało to trochę umiejętności. Ale widziałam, że chłopaki dość szybko sobie poradzili z ułożeniem kaczuszki, a potem nieźle się kręcili po basenie w rytm muzyki. Oczywiście nie mogło zabraknąć jazdy syna autodromem, z czego uwieczniłam tylko jedno zdjęcie, ponieważ w zabawie brały udział też inne dzieci. Bujanie się na klasycznej karuzeli krzesełkowej to stały punkt w wesołych miasteczkach. My co prawda już kręciliśmy się na większych tego typu karuzelach w Polsce, ale i tak nasze dziecko świetnie się tu bawiło. 
Na godzinę przed odjazdem w dalszą trasę postanowiliśmy zjeść obiad, zupę i trzy różne zestawy obiadowe, w tym dziecięcy. Jest tutaj spory wybór dań i napojów, jednak wiadomo, jak wszędzie w takich miejscach swoje trzeba odczekać, no i oczywiście ze spokojem zjeść. Po takiej kilkugodzinnej zabawie, posiłki wchodziły naszej familii niemiłosiernie. A ja ogromnie się uradowałam, bo od tej chwili nie muszę gotować, a zajadam pyszności przygotowywane przez innych aż do końca urlopu! Była to wielka przyjemność usiąść na wolnym powietrzu i patrzeć, jak ogromne kolejki zebrały się wokół basenów, które my już mieliśmy zaliczone! ;)
Szczerze powiedziawszy to właśnie teraz otrzymałam od moich kochanych chłopaków pochwałę za super organizację podróży o wczesnych godzinach, bo to dokładnie o tej porze rozpoczynał się największy upał tego dnia, a my już lada moment będziemy ruszać dalej w kierunku naszego miejsca noclegowego oddalonego ponad trzy godziny drogi stąd. Im dalej na południe, tym nieco mniej stopni. Jednak ten dzień nadal był pełen słońca i radości z jazdy autem. Na zakończenie wizyty w Pickie Park syn poszedł posterować jeszcze kilkoma maszynami, m.in. statkami. Kilka pamiątkowych zdjęć zrobiliśmy na sam koniec dnia tutaj. I udaliśmy się dalej w kierunku parkingu.
Przechadzając się właśnie tędy, promenadą tuż przy porcie Bangor, przypomniałam sobie jak tutaj jest pięknie, i jakie jest to cudowne rekreacyjne miasteczko, do którego już planujemy przyjechać ponownie po prostu na urlop. Myślę sobie, że jeśli jest szczęście, zdrowie, i do tego piękne słońce nad głową - to wczasy zawsze są udane. I tego się trzymamy, i tak organizujemy urlopy! A na koniec, przebrałam moje (wygodne?) ubranie na kieckę (cały dzień wyjątkowo miałam legginsy i obuwie sportowe). Wszyscy nałożyliśmy klapki i  ruszyliśmy samochodem już w kierunku południa Irlandii po nowe doznania wakacyjne...

Wschód Wyspy Irlandii - w poszukiwaniu inspiracji

czwartek, lutego 18, 2021

Wschód Wyspy Irlandii - w poszukiwaniu inspiracji

Ostatnio najbardziej oddałam się twórczości, i także edukacji mojego syna w domowych warunkach. Moje myśli o izolacji, o przyszłości życia, a także o tym co mnie i moich bliskich pcha do przodu w trudnych czasach pandemii przywołały moje wspomnienia o tych małych wydarzeniach z codzienności wziętych. Myślę, że to wielkie szczęście żyć w zgodzie z naturą, żyć w Kraju spokojnym, trochę 'wiejskim'. Postanowiłam Wam wreszcie napisać o niektórych naszych wyprawach, o których nie pisałam wcześniej a jakie odbyliśmy głównie w poprzednim roku. Tak naprawdę jest tego sporo, dużo więcej z całego roku, ale nie wszystko mogę zawrzeć w jednym wpisie. Jeśli chodzi o ostatnich kilka miesięcy oczywiście musieliśmy dostosować się do restrykcji i zwolnień jakie także na wyspach UK i Irlandii panowały. Zdecydowanie przebywaliśmy w odosobnienu, i jedynie na świeżym powietrzu. Z kolei ostatnie tygodnie, gdy ogłoszono całkowitą blokadę - to moment gdy skupiłam się już tylko na nauczaniu syna. Jesli chodzi o poznawanie innych kultur. Jak to sie mówi - co się odwlecze, nie uciecze. W naszym domu zawisła ogromna mapa świata, prezent Walentynkowy, który już zapinowany, utwierdza nasza familię w tym, że przygoda z podróżami dopiero się zacznie na dobre... 
Ja i moja rodzinka, my zdecydowanie najmilej zawsze wspominamy te wyprawy, które spędzamy na świeżym powietrzu. Chociaż, fajnie też byłoby tak móc powrócić do czasu, kiedy mogliśmy bawić się bez oporów na krytym basenie i w jacuzzi, gdy Alexander po raz pierwszy uczył się pływania bez koła ratunkowego... na styropianowej desce. Irlandia, zarówno Północna, jak i Rebublika zawsze pozwala nam się odkryć na nowo. W każdej porze roku ma do zaoferowania swoje piękno. Nas fascynuje podróżowanie po niej rodzinnie. W miesiącach cieplejszych odwiedzamy ogrody, parki i obszary górskie a zimą spacerujemy i zwiedzamy muzea, a także relaksujemy się w wynajętych obiektach self catering. Zawsze (o każdej porze roku) przyjemnie jest przejść się promenadą nad brzegiem Morza.  Mamy do morza i do oceanu prawdziwy rzut beretem! 




Już po raz trzeci odwiedziliśmy okolice Hrabstawa Down - miejsca położone poniżej i wzdłuż wybrzeża stolicy Irlandii Północnej, Belfastu. Na poprzedniej naszej trasie byliśmy w znanych i bardzo znaczących punktach na mapie np; Zamek Królewski Hillsborough. Przeczytacie o tym tutaj: (KLIK). Kilka lat temu Bangor, (KLIK), Newtownards (KLIK), Holywood, (KLIK), Portaferry (KLIK). Pozostało nam jeszcze w okresie letnim zobaczyć jeden znany zamek, Ward Castle. A tym razem pokażę Wam bardzo znaczące w Irlandii miejsce, wioskę w której znajduje się najstarszy zamieszkany do dziś zamek, oraz zabiorę Was na spacer w położonym całkiem niedaleko od Belfastu -Lisburn, mieście przemysłu lniarskiego. Na koniec takie marzenie, wspomnienie. Może uda się nam też w tym roku popływać?


Wybrzeża Wyspy Irlandii rozciągają się dookoła wyspy, oferując spokojny wypoczynek w nadmorskich apartamentach, gdzie zaczerpnąć można sporą dawkę jodu, ale też zapewniają niezapomniane widoki podczas spacerów wzdłuż licznych zatok. Niby jest to obszar turystyczny, ale czuć tutaj taki spokój, nie ma wielu ludzi, co powoduje, że można odpocząć nie tylko fizycznie ale też umysłowo. Nie ma to nic wspólnego z relaksem znanym mi z polskiego Wybrzeża Bałtyckiego, zgiełku i wspomnień lata, plaż przepełnionych wczasowiczami (co również ma swoje plusy). Na Wyspach jest to inny rodzaj urlopu, według mnie bardzo potrzebny każdemu człowiekowi. Nie bez powodu to właśnie takie zatoki odwiedzają poeci, pisarze, aby nabrać weny twórczej. Oczyścić umysł. No cóż, każdemu artyście tego potrzeba.




Od Lisburn do Killy Leagh. To pierwsze miasto leży tak naprawdę w sąsiedztwie stolicy Irlandii Północnej, Belfastu, zaledwie kilka mil od niego. Zazwyczaj tętni tu życiem, uliczki są odwiedzane przez mieszkańców, ale też przez turystów. Kiedy tu bylismy, panował stoicki spokój, a my spacerowaliśmy przez kilka godzin głównie w Parku - przy Walled Gardens, skąd rozpościerają się cudowne widoki. Park publiczny przynależy do miasta od 1903 roku, a ogrody od XVII wieku. To właśnie tutaj odkryto rzędy tarasów piaskowcowych, ze schodami i balustradą z 1677 roku. Są czynne w sezonie. Poza tym w parku ukryty jest też schron przeciwlotniczy z II Wojny Światowej, oraz pomniki i fontanna. Park łączy się z wejściem do słynnej Katedry, głównego Kościoła Irlandzkiego.


W mieście narodził się w 1698 roku przemysł lniarski, a jego założycielem był protestant Francuz Louis Crommelin. Tak naprawdę obszar dookoła miasta otaczały młyny, oraz pola lniane. Było kilka fabryk z przeznaczeniem na wytwórstwo tkanin. Głównie kwitnął tu przemysł związany z wytwarzaniem pościeli. Kilka zabytków do dziś o tym przypomina. Miejscem gdzie poznać można tajniki tkactwa, jakie znałam z teorii, i o których czytałam obszerne książki 20 lat temu, pracując w tej branży - jest Muzeum Lisburn i Irish Linen Centre. Dla kontrastu, idąc uliczkami, przy tym klasycznym muzeum, warto też wejść do awangardowego muzeum Science, gdzie zetkniecie się ze sztuką nowoczesną i drugim obliczem miasta. Bo Lisburn takie jest. Widać to nawet przebywając w centralnym punkcie miasta!


Jest jeszcze kilka ciekawych miejsc, które chętnie odwiedzilibyśmy. Myślę, że nadchodzi odpowiedni moment, aby w Lisburn w sezonie nasz siedmiolatek zobaczył Ulster Aviation Society, gdzie corocznie odbywają się pokazy lotnicze na Balmoral Show (Dni Rolnicze). Wykonywane są przez lotników Royal Air Force Station. Poza tym w starym hangarze można podziwiać 40 samolotów i helikopterów, zgromadzonych od 1968. Dla żądnych aktywności poleciłabym Park SkyForest, centrum aktywności, gdzie prócz wspinaczki także popływać można kajakiem, i zagrać w paintball. Dla lubiących spacery, i zabawy na świeżym powietrzu proponuję odwiedzić Wallace Park, w którym na ogromnej przestrzeni zorganizowano atrakcje dla najmłodszych i ich rodzin. Ciekawostką jest to, że Park jest siedliskiem dla ptactwa i... nietoperzy! Na koniec warto wstąpić do rzemieślniczego browaru Hilden mieszczącego się w gruzińskim domu od roku 1824. Grywana jest tutaj tradycyjna irlandzka muzyka na żywo, a w sierpniu odbywa się tu festiwal piwa. Z kolei w maju na skwerze w mieście panuje Continetal Market - z tradycjonalnymi potrawami z różnych krajów (26 wystawców).

Teraz przenoszę Was nieco bardziej  na wschód Irlandii - bardzo blisko brzegu Zatoki Strangford (zdjęcie tytułowe), i o dziwo nie tylko związane z rybołóstwem, ale też jak Lisburn z przemysłem lnianym, i co jeszcze bardziej ciekawe także z festiwalem mlecznej czekolady. Nie wiadomo, który z tych walorów wioski Killy Leagh jest najważniejszy. Więc może zacznę po kolei. Przede wszystkim wioska słynie z zamku, najstarszego takiego na całej wyspie, który jest zamieszkany po dziś dzień przez młodsze pokolenie pierwszych właścicieli. Ten piękny obiekt z szeroko otwartymi bramami, nawiązujący swą budowlą do słynnych zamków francuskich znad Loary, którą zyskał w XIX wieku, jest najbardziej charakterystycznym miejscem w całej wsi. Został on wybudowany w XII wieku w celu obrony od najazdów Szkotów i Anglików,  i jest miejscem historycznym. 


Jednakże zamek zasłynął też z czasów obecnych, i odbywających się tu koncertów, jak również serialowej produkcji filmowej. To tutaj i na biegnących obok uliczkach skoncentrowane jest życie miejscowej ludności. Uwierzcie mi, jest tutaj bardzo uroczo! (Spacer ogromnie nas relaksował). Stąd pochodzą znani na cały Kraj a także niektórzy wyemigrowani do Ameryki bohaterowie narodowi. Niewątpliwie jedną z takich osobistości był Hans Sloane, który urodził się tu i przez wiele lat pasjonował się botaniką, medycyną, oraz zbieractwem nad brzegiem Strangford jaj ptasich i nadmorskich roślinności -przekazując je później do British Museum, jako założyciel. Sir Sloane był też osobistym lekarzem króla Jerzego II. Następnie przebywał w celach badawczych na Jamajce, skąd przywiózł informacje o tamtejszej, nieznanej wówczas w Anglii naturze, i później zwiózł mnóstwo okazów botanicznych. Była to także wiedza o jamajskim kakao, rozgrzewającym, leczniczym napoju. Następnie Sloane łącząc je z mlekiem opracował aromatyczną mieszankę - pitną czekoladę mleczną. Informację o kakao przekazał w Londynie. Z kolei patent na mleczną czekoladę udostępnił Johnowi Cadbury w Birmingham, gdzie w fabryce Cadbury rozpoczęto jej wyrób.


Kochani nie wiem jak Wy, ale ja gorącą czekoladę uwielbiam, równie mocno, jak szampana z truskawkami. Mimo iż od jakiegoś czasu na co dzień staram się unikać tych rozkosznych smakołyków, są też takie chwile kiedy ulegam i wraz z bliskimi daję się ponieść temu, co najlepsze. Dlatego też z przyjemnością odwiedzę z rodziną Dziedziniec zamkowy w Dzień Czekolady, aby posmakować oferty różnych wytwórców. Mam nadzieję, że w tym roku odbędzie się to wydarzenie!



 wakacyjny dzień w Parku Dinozaurów

sobota, sierpnia 31, 2019

wakacyjny dzień w Parku Dinozaurów

Nasze wakacje już się skończyły... W Polsce to ostatni weekend wakacji. Myślę, że niewielu z Was spędzi ten czas w domowych pieleszach, a co najgorsze przed telewizorem! ;) No chyba, że na 'chorobowym' czego Nikomu nie życzę. Ponoć w Polsce upały jeszcze są. Ale czego nie robi się dla dziecka, czego nie robi się dla Jego rozwoju, na świeżym powietrzu, pokazania Mu świata i zresztą... wiecie, jak ja to mówię w zdrowym (aktywnym ciele) zdrowy duch. I głupie myśli nie przychodzą do głowy :D. ;) W każdym razie to ostatni czas na to, aby RUSZYĆ się gdzieś (nawet dalej) z dzieckiem :) Świat jest pełen niespodzianek...
My długo czekaliśmy na nadejście tych wakacji, i na spełnienie marzenia naszego dziecka o wizycie w Parku Rozrywki dla dzieci w Polsce. O ile dla maluszków zamieszkujących Polskę takie rozrywki są prawie, że na porządku dziennym, bo parków tego typu w Polsce pewnie będzie już kilkanaście a może i więcej, o tyle dla mojego synka i dzieci na emigracji są to naprawdę niekiedy możliwe do zobaczenia raz, dwa razy w roku atrakcje. Nie znaczy to oczywiście, że w NI nie ma innych miejsc na spędzanie czasu wolnego z dzieckiem. Ale od czego są urlopy i wakacje jeśli nie od poznawania nowych rewirów i od zabawy? 
Dla mnie priorytetem było to, aby moje dziecko było gotowe na taki wypad, a nie - bo taka moda na odwiedzanie Parków Rozrywki - to bierzemy dziecko i idziemy... Czekałam na chwilę, aby On sam dokonał wyboru tego, co Go interesuje, gdy Mu delikatnie wskażę kilka ciekawych propozycji. Podobnie było z innymi zabawami. Nie miał chęci iść na basen, to Go nie ciągnęliśmy. Bał się jeździć na karuzeli to nie szliśmy do typowego wesołego miasteczka, Nie chciał się wspinać na linach - to odłożyliśmy temat jak się okazało na ten rok. W tym sezonie nauczył się jeździć na rowerze, i na wrotkach, w tym roku wspinał się po raz pierwszy w parku linowym i w tym roku nabrał chęci na odwiedzenie Parku Rozrywki. 
Tak więc gdy usłyszałam magiczne pytanie mojego dziecka o takie rozrywki, wiedziałam już, że jest gotowy. On miał chęć, my to zrealizowaliśmy, a ja podjęłam decyzję gdzie i kiedy pojedziemy.  Wybrałam ostatni dzień pobytu w kujawsko-pomorskim, gdy nastąpiła zmiana pogody z gorącego lata, na lato jakie mamy w NI. W dniu kiedy kierowaliśmy się ku północy Polski mieliśmy jeszcze trzy dni pobytu w Polsce, i te dni na relaks i wypoczynek w innych regionach Polski.
 
W centralnej Polsce było jeszcze ciepło, słońce i 22 stopnie, przy czym na północy, dokąd musieliśmy dotrzeć padał deszcz. Tak więc zdecydowaliśmy się zabawić dłużej w jednym z Parków tutaj, a potem jechać wyżej... Rozważałam spośród trzech Parków. Ten w województwie pomorskim sobie w tym roku odpuściliśmy, a spośród dwóch tutejszych o wiele bardziej spodobała mi się oferta - Jura Park Solec Kujawski.

Tutaj zabawiliśmy aż do popołudnia, a później wyruszyliśmy na północ, gdzie jak w zegarku  i na naszą korzyść pogoda zaczęła się poprawiać. Co robiliśmy w Parku Dinozaurów? No przede wszystkim spacerowaliśmy wśród porządnie (wręcz realnie) wykonanych makiet dinozaurów, Alexander poznał i utrwalił sobie w umyśle obraz kilku z nich. Kolejną atrakcją Parku było kino 5D. Nasz pierwszy raz w takim wydaniu i film o życiu dinozaurów, który dał nam sporą możliwość poznania sposobu bytowania i wyginięcia zwierząt Jury... Niesamowite doznania podczas seansu długo wspominał Alexander.
To właśnie w Jura Park moje dziecko po raz pierwszy i zresztą aż trzy razy fruwało ponad ziemią na dużej tyrolce, karuzeli krzesełkowej (my rodzice też), i dwukrotnie kołysaliśmy się ja i Alexander na młocie - statku pirackim. Zjazdy kolejką gąsienicą dostarczyły nam wszystkim ogromnych wrażeń, a dla nas starszaków było to przywołaniem lat dzieciństwa. Do tego sterowane łabędzie po stawie, i elektryczne tory samochodowe, oraz przejażdżka ciuchcią - idealnie trafione na ten czas Wesołe Miasteczko. Spodobało nam się to, że te atrakcje są całkowicie w cenie. 

Dla wszystkich dzieci stoi tu też ogromny dmuchany zamek, oraz przygotowany specjalnie razem z makietami dinozaurów - plac zabaw, gdzie czas spędzą też najmłodsi. Mimo iż wybraliśmy sie tutaj około południa - to kilka godzin zleciało, ani się obejrzeliśmy. Edukacyjna część przedstawia w Muzeum liczne eksponaty, fotografie i historię dinozaurów. Mamy tu klimatyczne oświetlenie, dobrze wyeksponowane gabloty i tablice informacyjne, całe mnóstwo wiadomości, które zainteresują nie tylko dzieci. Podobnie też można się nauczyć o środowisku życia dinozaurów, i przejść ekspozycją - ogrodem botanicznym.

Na zakończenie, już w cieniu chmur przysiedliśmy w restauracji Parku, gdzie zjedliśmy swojskie potrawy, a także kwiaty jadalne, którymi pięknie udekorowano nasze obiady. A na deser smaczne gofry. Po dwutygodniowej specjalnej diecie cateringowej i utracie kilku kilogramów - nawet ja miałam wielki apetyt na takie rarytasy. 

Jeśli zamierzacie się wybrać tutaj z mniejszymi dziećmi, polecam wypożyczyć na cały dzień pojazd dino (kilka kolorów do wyboru), bo trasa spacerowa z makietami jest dość długa. Naszego Alexandra bardzo ciekawił Dino pojazd i bardziej z tej ciekawości chciał się nim przejechać. W połowie zwiedzania odstawiliśmy dina, a pod koniec ponownie zabraliśmy, tym razem wymieniając żółtego na zielonego. (dino wózki płatne dodatkowo, chyba 5 zł);)

Jeśli nadal zastanawiacie się czy odwiedzić Jura Park w Solcu Kujawskim, to mam dla Was kilka faktów o tym miejscu. Powstał w 2008 roku, a mimo to jego ścieżka edukacyjna jest bardzo realistyczna, mamy do obejrzenia na 12 ha powierzchni aż 150 gadów z czasów prehistorycznych. Jednocześnie jest to jeden z największych takich Parków w Europie.
W Polsce podobnej wielkości są tylko dwa: w Bałtowie i Krasiejowie. Muzeum o którym Wam wspominałam, znajdujące się na terenie Jura Park nosi nazwę Muzeum Ziemi im. Karola Sabatha. W Muzeum znajdują się skamieniałości roślin i zwierząt, oraz rekonstrukcje prehistorycznej fauny. To największe paleontologiczne muzeum w Polsce.

Dlaczego wyprawa w to miejsce była dla całej naszej rodziny fantastycznym przeżyciem? Przede wszystkim wszyscy, nawet my rodzice poznaliśmy dotychczas nieznane nam gatunki dawnych gadów. Niektóre eksponaty były tak realne, że czułam się, jakbym występowała w jakimś przygodowym filmie Spielberga!

Alexander cieszył się z możliwości dotknięcia, i wejścia na takie olbrzymie i 'dziwaczne' dina. Makiety są pełnowymiarowe! W Wesołym miasteczku my rodzice cofnęliśmy się o jakieś 30 lat! Przypomnieliśmy sobie nasze lata osiemdziesiąte kiedy byliśmy dziećmi takimi jak nasz Alexander. Teraz to On mógł poznać siłę wyższych 'lotów'. ;) Na placu zabawowym wyszalał się na maksa ;)

Taki spacer rodzinny z atrakcjami jest bezcenny. Sama dowiedziałam się wielu ciekawostek o dinozaurach. Czasem szkoda, że w Kraju w którym żyjemy nie ma takich atrakcji, że aby ich 'zasmakować' musimy lecieć tysiące kilometrów. Wyjątkowo dobry, udany dzień wakacji 2019!

GODZINY OTWARCIA SEZON LETNI: 10-19

Znajdziesz mnie tutaj

Copyright © 2017 weekendownik