jadąc na południe Lanzarote - El Golfo

niedziela, kwietnia 30, 2017

jadąc na południe Lanzarote - El Golfo

Lanzarote patrząc moimi oczami mieni się kolorami, od błękitu nieba, poprzez podłoże złociste aż do czerwieni. Jest księżycowa, piękna i po prostu nadzwyczajna. Wytworzona przez lawę, w szczególności zachwyca swoim krajobrazem na południu. Już w poprzednim artykule wspominałam Wam o dwóch głównych kierunkach Jej zwiedzania. Północny ostatnio opisałam z dużym sentymentem. Nie zawaham się i dzisiaj powtórzyć, że ten widok zachodzącego słońca na punkcie widokowym Mirador del Rio wywarł na mnie niezapomniane wrażenie i stał się moim numerem 1 na Lanzarote. Jednak gdy pomyślę o najbardziej ciekawym i jednocześnie przygodowym dniu podczas naszej podróży poślubnej to oczywiście był to cały dzień spędzony na południu Lanzarote, zatrzymując się na dłużej podczas typowego plażowania w zatoce Papagayo. Dzień rozpoczęliśmy już około 10 rano, kiedy to wyruszyliśmy w kierunku południa, a naszym celem końcowym stało się jeziorko w miejscowości El Golfo. Im bliżej w dół, tym bardziej odniosłam wrażenie, że Lanzarote jest rdzawo-czerwona i pozbawiona zieleni. Właściwie tak jest, skoro w miejscowości gdzie mieszkaliśmy - na Matagorda (charakterystyka w następnym artykule) mamy mnóstwo zieleni a nawet ogrody palmowe na wyciągnięcie ręki, to właśnie przyszła pora zmierzyć się z pustkowiem, które jednak już od wielu lat ma wioski zamieszkałe przez ludzi. Taka historia oraz gorący klimat spowodowały przystosowanie się do warunków przez człowieka i odpowiednie wykorzystanie podłoża do uprawy np. winorośli w miejscowości - La Giera, czy choćby stworzenie solin, potrzebnych do konserwowania złowionych ryb. Dzisiaj podróżujemy podziwiając to, co zostawiła wygasła lawa, przeprawiamy się przez 'pustynię', jedną z najstarszych formacji skalnych na wyspie, naturalny i chroniony obszar na wyspie.
Nasza trasa była bardziej zróżnicowana od tej standardowej, zaznaczonej na mapie turystycznej dla odwiedzających południe Lanzarote. Przebiegała w ten sposób, aby w szczególności najdłużej  móc przebywać w miejscach, które wydały nam się najbardziej interesujące, a inne omijać. Stąd też nieco serpentynowa jazda, podczas której niektóre atrakcje podziwialiśmy tylko wysiadając z auta, a inne parkując na kilka godzin. Już kiedy wyruszyliśmy dało się zauważyć bardzo charakterystyczną powierzchnię wyspy, a poruszając się w jej głąb odniosłam wrażenie, że jest bezludna i co więcej bez życia. Jednak kierując się do miejscowości La Giera odkryliśmy już z daleka (choć ponoć dopiero z lotu ptaka dokładnie to widać) uprawę winorośli w specyficznych kamiennych kopułkowatych osłonach z kamieni. Po serii wybuchów wulkanów uprawa czegokolwiek na Lanzarote graniczy z cudem. Jednak jego mieszkańcy znaleźli sposób na uprawę cennej winorośli w specjalnych dołkach otoczonych kamieniami, aby uchronić przed wiejącymi tutaj silnymi wiatrami. Tak naprawdę nigdzie na świecie nie zobaczycie takiego stylu uprawy winorośli. Takich winnic na Lanzarote jest kilkanaście, i łącznie dają one też pracę 1500 osobom. Najczęściej odwiedzaną winiarnią jest Bodega la Giera, która jest największą, a zarazem najstarszą winnicą na Lanzarote. Jeśli przyjrzeć się obszarowi uprawy winorośli, a także sposobowi jej sadzenia nietrudno zrozumieć dlaczego miejscowe wina nie należą do najtańszych. 
Moje Podróże z Pasją

Prawdę powiedziawszy stąd jadąc na zachód już niedaleko do Parku Timafaya jednak my zdecydowanie wybieramy kierunek południowy i mniej więcej w połowie drogi docieramy do wypożyczalni wielbłądów, koni, a także pojazdów A Caballo Lanzarote. Jest to miejsce o tyle fajne, że dla wszystkich znajdzie się atrakcja. Dla starszych przejażdżka gokartami, czy na wielbłądach, dla młodszych oglądanie zwierzyńca i pobyt na placu zabaw. Właśnie tutaj można zagrać w Paintball, przejechać się gokartem, lub wyruszyć na wielbłądach.
Naszym dalszym kierunkiem okazało się samo południe Lanzarote, czyli zatoka Papagayo, a w tym wszystkie plaże tam położone. Miejsce to znacznie odbiega swoim krajobrazem od znanych nam z północy palmowych deptaków. Przede wszystkim już Wam ujawniam, że ostatni, całkiem długi odcinek do dotarcia na ponoć najpiękniejszą plażę Lanzarote to szutrowa droga, którą można przejechać autem po uiszczeniu opłaty 3 euro. Droga przez los Ajaches ma swój urok, jeśli wiemy o jej historii. Monumento Nacional de los Ajaches jest naturalnym obszarem chronionym na Lanzarote. Jest to jedna z najstarszych formacji skalnych ma Lanzarote. Otóż lawa z wulkanu Los Ajaches płynęła do oceanu tworząc niesamowite kształty ze skał nad i pod wodą. Woda tutaj jest bardzo czysta. Wytworzone zatoki są oblegane przez turystów, ale dla nikogo nie zabraknie miejsca, jest ich przynajmniej trzy.

Po zaparkowaniu auta na specjalnym parkingu, dostrzegamy cudowną plażę o zielono-niebieskich odcieniach wody, a tuż przy niej bar o nazwie Casa Vicete Martinez. Można tutaj zatrzymać się na kilka godzin. Warto wstąpić do baru, aby wypić coś chłodnego, a zaraz potem zejść schodami na w sumie nieobleganą plażę. Zamknięta w zatoce, jak w muszli nie ma zbyt wiele miejsca do plażowania, dlatego też kierujemy się na drugą stronę Papagayo, gdzie ukazują nam się większe plaże. Playa del Pozo jest tą na której spędzamy najwięcej czasu, Alexander bawi się w piasku, a my wylegujemy. Po około godzinie postanawiamy nie pozostawać w bezruchu, tym bardziej, że pojawiają się dwie chmury. Ruszamy dalej. To co tutaj można zobaczyć przechodzi najśmielsze nasze oczekiwania. Piasek, skałki, zastygła lawa, i różne odcienie wody oceanicznej, a w dalszej części wzburzone fale wyglądają niesamowicie. Przystanek na wzniesieniach tuż przy Oceanie i dotyk ciepłej piany morskiej niesamowicie relaksują.

Właśnie teraz kiedy przyszedł czas zebrania się w drogę ku kolejnym atrakcjom, zebrały się chmury. W naszym przypadku nie jest to żaden problem, gdyż opalanie mamy za sobą. Poza tym warto zobaczyć ten nieziemski widok, gdy plaża otrzymuje mnóstwo barw, bo chmury przybierają to ciemniejsze, to jaśniejsze odcienie i przesuwają się jak szalone wypuszczając gdzie nie gdzie promienie słońca. Wszystko mocno się barwi i tak samo nadaje to całe mnóstwo doznań każdemu, kto widzi to widowisko. Zatem spokojnie, mozolnie zbieramy się ku górze, rozglądając się, aby zatrzymać ten krajobraz w pamięci na zawsze. Przebieramy się po drodze w jednej z jaskiń, nie chcąc tracić czasu i jedziemy. W tym momencie warto byłoby zatrzymać się na Playa Blanca, która jest jedną z jaśniejszych plaż Lanzarote (kolor piasku). O tym rejonie nawet myśleliśmy do zamieszkania, jednak trafną decyzją okazała się środkowa część wybrzeża z której już wszędzie blisko. Niektórzy ten obszar wybierają, aby móc przedostać się łatwo i szybko na Fuerteventura, ale my takiego zamiaru nie mieliśmy tym razem. Słońce już jest bardzo nisko, więc postanawiamy jechać. Tuż przy drodze ukazują się koryta z solą. Salina de Janubio powstała około 50 lat temu. Te ogrody solne są kopalnią soli kamiennej, którą uzyskuje się poprzez odparowywanie wody. Miejsce to o powierzchni 440.000 m kw. uznawane są za największe i najbardziej ekologiczne na świecie. A wszystko w celu zakonserwowania złowionych tutaj sardynek. Warto to miejsce odwiedzić za darmo Bodega de Sal, choćby po to, aby nabyć wysokiej jakości sól.
I znów pędzimy oczekując czegoś wyjątkowego u celu naszej podróży, marzymy o niesamowitym widoku, o czymś nieodgadnionym, znanym tylko z opisów w Internecie i oczywiście oznaczonym na mapie, którą wraz z prospektami otrzymaliśmy od biura wynajmu naszej villi. Tak samo, jak teraz zmierzam ku końcowi tej opowieści, tak wtedy dało się odczuć pewien plan zakończenia dnia. A jednak. Natura zrobiła nam ogromną niespodziankę i nie mogliśmy nie zatrzymać się, aby zobaczyć dużo bardziej atrakcyjnej 'walki' oceanu z brzegiem, niż ta, którą oglądamy w Północnej Irlandii. Jest znacznie cieplej nawet w barwach niż w NI, Los Hervideros to wybrzeże jak malowane, urwisko z gigantycznymi falami uderzającymi o skały z zastygłej lawy. Te z kolei układają się tutaj w interesujące formy. Jest tutaj kilka zjazdów, my zatrzymujemy się przy najpiękniejszym odcinku Los Hervideros, który oświetlony zachodzącym słońcem pięknie się czerwieni.


Teraz już pozostaje minąć kilka wulkanów, których tutaj na południu jest całe mnóstwo i znajdujemy się w miejscowości El Golfo. Właśnie tutaj można zobaczyć niepowtarzalną czarną plażę, która kontrastuje z czerwonymi skałkami i mocno niebieskim kolorem oceanu. Zatrzymujemy się na niewielkim parkingu, skąd łatwo już dotrzeć do słynnego jeziorka Charco de los Clicos. Idąc kilkadziesiąt metrów pod górkę na punkt widokowy można zobaczyć kolejny nieziemski widok, jaki tylko tutaj ujrzycie. To intensywnie zielone jezioro położone tuż przy niebieskim Oceanie pomiędzy skałami i plażą. Wszystko mieni się w wielu barwach, szczególnie mocno w blasku zachodzącego słońca.

magyar ételek - węgierskie dania

piątek, kwietnia 28, 2017

magyar ételek - węgierskie dania

Pewnie dzisiaj Was nie zaskoczę w cyklu kulinarnym, jeśli napiszę, że jednym z dwóch proponowanych Wam dań pochodzących z Węgier, które zresztą znalazło się na naszym wielkanocnym stole będzie leczo węgierskie? Za to może zdziwić Was, szczególnie tych regularnie czytających wpisy na Weekendownik, że dzisiaj zapachnie też zupką i to naprawdę wyjątkową. O tak :) jakże miałoby nie być najlepszych według mnie garnkowych dań z Węgier, gorących, pachnących, kolorowych no i bardzo pożywnych. Właśnie taka jest kuchnia węgierska, swojska, prosta, ale bardzo sycąca. Śmiało mogę napisać takie oto stwierdzenie: wraz z uczuciem pełności po posiłku w dużej mierze jedząc odczuwamy mocny wpływ przypraw, które to z pewnością dodają kunsztu smakowego całości. Dla mnie niekiedy zbyt mocne, szczególnie jeśli napotkamy we wszystkim mocno wyczuwalne papryczki. Jednak warto trochę pomanewrować, i doprawić tak potrawę, aby odpowiadała naszym upodobaniom, a przede wszystkim naszemu żołądkowi. Papryka to chyba ukochane warzywo węgierskie, pojawiające się w wielu wersjach i w większości potraw. Papryka zawsze mi smakowała, jeszcze dużo przed tym zanim poznałam mojego męża. Za to dopiero gdy Go poznałam, poznałam też smak zupełnie innej papryki, tzw białej. Te są dwie, i już nawet nie pamiętam po czym oprócz smaku można je rozróżnić. Nawet mój mąż ma z tym problem, kiedyś chcąc zjeść słodką i delikatną białą paprykę, kupiliśmy przez pomyłkę tę białą, najostrzejszą z ostrych ;). Tak więc powiem tyle - poznałam smak papryki. Każdej. Ze względu na zastosowanie na co dzień używamy tych podstawowych barwnych papryk, które królują w wykorzystaniu do dań ciepłych. Czerwona, żółta, pomarańczowa i zielona. Co jeszcze lubią Węgrzy? Na pewno cebulę, pomidory, wszystkie warzywa o wyraźnym smaku. Poza tym jest jeszcze kilka Ich ulubionych dodatków, m.in śmietana, czy ser, ale tym razem nie robiłam np. langoszy, Charakterystyczną cechą ciepłych potraw węgierskich jest sposób przygotowywania. Misterny, dokładny, powolny, w swojskich warunkach, np. w kociołku, lub podobnie jak polski bigos - długo przygotowywane, gotowane wielokrotnie, przechowywalne i trwałe. Węgrzy to naród biesiadny, ceniący dobre jadło, biesiadę. O właśnie! Na naszym stole wielkanocnym przodowały w tym roku potrawy, które przez kilka dni nie zepsuły się, a wręcz przeciwnie - nabierały jeszcze pełniejszego smaku. Podobnie było z deserami, o których pisałam w poprzednim artykule. Zatem zapraszam na wyjątkowo dobre jedzonko węgierskie. Magyar ételek.

Lecsó 


Lecsó - To znane także w Polsce ciepłe danie garnkowe, które pochodzi z Węgier. Przez niektórych przygotowywane w odmieniony już sposób, poprzez dodawanie rzadko używanych na Węgrzech składników tj. pieczarki, czy ogórek. Tak naprawdę leczo powinno być przepełnione papryką i pomidorami i dobrze wręcz dogotowane - wtedy jest najlepsze. Ja zdecydowałam się na naprawdę dużą ilość, w ten sposób mogliśmy podjeść je kilkakrotnie. Leczo jest sycące, kilka łyżek wystarczy, aby się najeść. Kiedyś leczo przygotowywałam w mieszanej kolejności dodawania składników. Teraz robię to inaczej, bo wiem, że kolejność ma znaczenie w końcowym efekcie smakowym. Podstawą dań węgierskich jest dodanie przypraw, i tutaj uwaga: jak zwykle króluje papryka. Papryka w proszku, papryka wędzona w proszku, kminek, czosnek. Ten na samym końcu. I najważniejsze: podstawowe leczo nie ma dodatkowych składników, ale jeśli macie ochotę, podobnie jak my (także smakuje to mojemu mężowi) mile widziana jest w środku kiełbasa, trochę ogórków konserwowych i kilka pieczarek.

Składniki:

4 duże czerwone papryki
2 duże żółte papryki
1 duża biała papryka
5 dużych pomidorów
2 duże cebule
5 ogórków konserw.
5 pieczarek
1 łyżka smalcu
1 duża kiełbasa
100 gram boczku
papryka w proszku
czosnek
kminek
pieprz
sól


Sposób wykonania:

1. Boczek kroimy w kostkę i podsmażamy z dodatkiem smalcu.
2. Cebulę kroimy w średnią kostkę i podsmażamy z mięsem.
3. Wsypać paprykę w proszku, zamieszać i podsmażyć.
4. Obrać i pokroić w kostki 2 cm wszystkie papryki.
5. Zdjąć skórkę z pomidorów i pokroić w średnie kawałki.
6. Dodać warzywa, doprawić i zamieszać. dusić 15 minut.
7. Jeśli pomidory nie są sezonowe, dodać koncentratu.
8. Pokroić pieczarki w wąskie plasterki i dusić 15 minut.
9. Dodać kiełbasę pokrojoną i dusić jeszcze 15 minut.
10.Dodać ogórki konserwowe pokrojone w plasterki i pomieszać.
11.Na koniec pokroić cieniutko czosnek i wmieszać do leczo.

Bográcsgulyás


Bográcsgulyás - Trochę się naśmialiśmy z mężem tuż przed przygotowaniem tej zupy. Nigdy wcześniej nie próbowałam na Słowacji u teściowej zupy gulaszowej (nie przepadam za zupami mięsnymi). Gdy planowałam menu świąteczne odnalazłam w Internecie przepis na Bogracz. Tak mi się ta nazwa zachowała, że gdy zaczynałam ją robić poinformowałam o planowanej zupce mojego męża, na co On powiedział, że po prostu robię gulasz! Ja na to stwierdziłam, ze nie robię gulaszu, tylko zupę bogracz :) Więc w końcu wyjaśnił mi, że bogracs - to kociołek, a nazwa przepisu nie powinna brzmieć Bogracs, a Bográcsgulyás. Gulaszowa kociołkowa :) To taka anegdotka. Zupę spróbowałam, nawet mi zasmakowała. Oczywiście przygotowanie takiej zupy trwa dłużej niż w przypadku większości innych zup, które robię na co dzień, ale znów mogę Was zapewnić, że jest trwalsza i nabiera mocy z dnia na dzień. Tutaj podobnie, jak w przypadku leczo, zrobiłam jej sporą ilość. Zupa składa się głównie z mięsa (powinna być wołowina, ale nie musi) oraz z papryki i pomidorów. Bográcsgulyás gotujemy z ziemniakami bardzo wolno, na małym ogniu. Jeśli macie taką możliwość polecam przygotowanie na palenisku z kociołkiem.


Składniki:

1/2 kg wołowiny (może być wieprzowina)
120 gram boczku wędzonego
100 gram słoniny
300 gram żeberek
300 gram cebuli
2 łyż. słodkiej mielonej papryki
1 łyż. węgierskiej wędzonej papryki
1 łyż. czerwonej ostrej papryki chili
10 gram kminku
200 gram marchwi
3 słodkie papryki
1 kg ziemniaków
200 gram pomidorów
kilka łyżek czerwonego wytr. wina
1 główka czosnku
1,5 l wody

Sposób wykonania:

1. Pokroić boczek w małe paski, słoninę w kostki. 
2. Wrzucić do garnuszka i podsmażyć.
3. Żeberka bez kości pokroić i dodać.
4.. Pokroić cebulę w kostki i dodać. Podsmażyć.
5. Dodać przyprawy, czyli paprykę sypką, kminek.
6. Mieszać, aby składniki się nie przypaliły.
7. Dodać mięso pokrojone w kostkę 2x2 cm.
8. Kilka minut podsmażyć. Dolać wodę. 
9. Dosolić wodę i skrobać dno, mieszając.
10.Nie doprowadzać do wrzenia, podgotować.
11.Dusić godzinę. Pokroić marchew w plastry. Dodać.
12.Pokroić paprykę czerwoną w kostki 1x1 cm.
13.Dodać paprykę. Gotować pod przykryciem (20min).
14.Wkroić ziemniaki w kostkę. Gotować 20 min.
15.Dodać pomidory pokrojone w kawałki (bez skórki).
16.Gotować az pomidory się rozgotują. 20 minut.
17.Dolać wina, i wkroić czosnek. Podgotować 5 min.


kobieta w podróży poślubnej

poniedziałek, kwietnia 24, 2017

kobieta w podróży poślubnej


Dawniej nie marzyłam o podróżach do ciepłych krajów. Nawet gdy byłam 'dwudziestką', raczej kierowałam się do metropolii. Moje życie związane było z dużą aglomeracją, a turystyka tylko i wyłącznie z pracą. Możliwe, że czekałam na odpowiedniego towarzysza, no a dwoje to już całkiem dobra para podróżników. Jednym odpowiada samotna droga a mi jakoś tak ona nie pasuje.. Gdy na świat przyszedł Alexander nawet na myśl nam nie przyszło odległe podróżowanie, pierwsze były priorytety, a naszym był ślub. Możliwe, że tak miało być, że wszystko ułożyło się naturalnie, i poszło swoim torem. Nic nie przyspieszaliśmy. Była przyjaźń, było zakochanie, była miłość, była przyjaźń, rodzina. No i małżeństwo :) Po ślubie Alex miał już 3 i pół roku, i jak się okazuje w niektórych kwestiach stał się już całkiem samodzielny. Po długiej jesieni i wielkiej, dobrej stagnacji przyszła chęć na ogrzanie ciała i ogromna potrzeba słońca, także dla duszy. Już nie pamiętam Kto, ale śmiem twierdzić, że ja pierwsza rzuciłam hasło wyjazdu w kierunku Afryki. Moje marzenia były też marzeniami mojego męża. Z tym, że moje myśli kręciły się wokół Lanzarote, a męża myśli raczej były chęcią miesiąca miodowego. Potem wszystko się odwróciło, bo ja rozkochałam Go w pięknej Lanzarote, a On uczynił tą podróż czymś wyjątkowym dla mnie. Mężatka, lat 37, żyjąca w wilgotnej Irlandii zapragnęła pojechać po raz pierwszy do ciepłych Krajów. "Nigdy nie polecę do Hiszpanii, wszędzie, ale nie tam. Tam wszyscy latają. To takie nudne! Poza tym cała Zielona Wyspa lata na Kanary, więc Kanary też odpadają" - moje słowa. No oczywiście, gdzieś tam w zamyśle zawsze są Malediwy, a potem Japonia, w dalszej wizji może być Portugalia czy Grecja. Ale przecież nie Hiszpania, nie Majorka, nie Ibiza. Nie! Nie! Mamy małe dziecko, więc na pewno odpadają dalsze zakątki. Chwileczkę! Jest taka piękna wyspa, nieodgadniona, nieokiełznana, piękna, lazurowa i nietypowa. Lecimy w podróż poślubną na Lanzarote. Hiszpania, Afryka. Nie wyobrażam sobie żeby mogło być inaczej. Zresztą jest koniec roku, a my chcemy się wygrzewać. Poza tym nie wyobrażamy sobie lecieć bez Alexandra, lecimy w podróż poślubną we troje

Oczywiście najważniejsze miłości są zawsze przy mnie - także na Lanzarote. Dlaczego pokochałam Hiszpanię przekonałam się na Lanzarote. Przede wszystkim zaimponowały mi tradycje i ludzie, sympatyczne charaktery. Kobiety przygotowujące naszą willę do zamieszkania tak ogromnie żywiołowe i pracowite, wesołe. Kelnerka w barze szczerze uśmiechnięta, nie fałszywa, nie kokietliwa. Po prostu miła. Dlaczego żyjąc w Irlandii pokochałam Kanary? Na Wyspy Kanaryjskie dolecieliśmy w 4 godziny, a znaleźliśmy się w innym świecie, który pomimo różnorodności natury jest przyjaźnie nacechowany europejskimi akcentami znanymi z ulic naszego miasta. Żyć, nie umierać! Oprócz hiszpańskich restauracji są dyskonty m.in Spar. Super, nie trzeba gotować, wszystko jest pod ręką. Także ryneczek ze świeżymi owocami i warzywami. Idealne dla mnie rozwiązanie w podróży poślubnej ;) .

W gruncie rzeczy mimo tubylców o tej porze roku (koniec jesieni) znalazłam się na Wyspie tylko dla nas. Nie licząc właśnie takich miłych osób, które tutaj mieszkają na stałe, i świadczą na Lanzarote usługi my jesteśmy wśród małej grupy turystów, którzy co prawda tu teraz przebywają, ale jednak w dużej mierze są osobami w wieku średnim wypoczywającymi głównie mniej aktywnie. Hurra! Jestem na Bezludnej Wyspie :) Tak więc możemy się skupić głównie na sobie, na nas. Dzięki temu, jak również dzięki mężowi mogę podziwiać krajobrazy, wyleguję na plaży w spokoju, choć przyjaźnie nastawiona, do sporadycznych przechodniów. Właściwie nie jestem aspołeczna, ale tutaj chcę się wyciszyć. Nawet jeśli poświęcam energię, robię to dla NAS, nie dla innych. Wyszła ze mnie egoistka. Jestem przyjemnie zaskoczona, bo mogę tutaj być taka jak chcę, i nikt mi tego nie zabroni. Mąż wpatrzony we mnie jak w lusterko, posyła mi buziaki. Nasze dziecko uradowane podróżą. Czuję się wyjątkowo i widzę, że On też. Czy tak właśnie wygląda Młoda Para? 

Choć w podróży poślubnej jestem wolna to nie jestem sama :) Fajnie, że mam przy sobie ukochane osoby. Wszyscy mamy ogromną swobodę. Jednak w tej opowieści skupię się na mnie. Kobieta w podróży poślubnej może robić to czego nie ma na co dzień. Dziecko biega po willi samodzielnie, lub ze swoim tatą (który najczęściej jest poza domem w pracy). Wreszcie fajnie, że szczęśliwy mąż, który ma wolne od pracy, robi śniadanie do łóżka i zaprasza na obiad do restauracji. Super mieć chłopaków przy sobie. Oni są jak dwaj przyjaciele, to się nigdy nie zmieni, dzięki temu mam ogromny luz pod niektórymi względami, który tutaj na Lanzarote odczuwam szczególnie. Co zatem robi kobieta w podróży poślubnej? Relaksuje się! Nie sprzątam, nie siedzę w kuchni, nie biegam za dzieckiem, odpoczywam. Zresztą jeśli chodzi o gotowanie to już na większości urlopów praktycznie nie gotuję, no chyba, że akurat wypadają święta. 

Miałam zawsze taką wyobraźnię, aby latem móc nosić na głowie kapelusz i nie rozstawać się z nim na krok, a jedyną przeszkodą, która zawadiacko może mi ten plan pokrzyżować może być mocny wiatr. Tak mi się zawsze wydawało. Kiedyś próbowałam kapelusikowe marzenie zrealizować, to nad polskim morzem, to w ogrodzie naszego domu w czasie cieplejszego lata. Na nic się to nie zdało, bo stale kapelusz zdejmowałam z głowy biegnąc na wprost obowiązkom. Jednak tym razem wiedziałam, że się musi udać. Kupiłam nawet nowy z dużym rondem, granatowy i powiedziałam sobie, że nie groźny mi wiatr z którego słynie większość Wysp Kanaryjskich. W pierwszy dzień po przylocie swobodnie go założyłam i szalony wiatr zerwał mi go z głowy. Było to pierwszy i ostatni raz, nie licząc jednej wizyty na punkcie widokowym w Mirador del Rio. Od tego pierwszego dnia byłam przygotowana, bo miałam wszytą gumkę i o dziwo wiatry na Lanzarote się uspokoiły. Więc nawet gumka nie była potrzebna.

Zmiany w sobie rozpoczęłam już od momentu jak wykupiliśmy bilety lotnicze na Lanzarote, bo to był nasz pierwszy krok w kierunku tej wyspy. Może zacznę od tego, że oprócz kupna kilku rzeczy na letnią pogodę, oraz bielizny nie zrobiłam nic. Nie zaczęłam stosować jakiejś specjalnej diety, a już w samej podróży jedzenie na wyspie (świeże owoce) sprawiło, że schudłam 3 kg. Przed wyjazdem nie zapisałam się do solarium, nie wykupiłam wizyty u kosmetyczki. Zostałam sobą od początku do końca. Przed wyjazdem przygotowałam tylko kartę pamięci 'do działania', czyli opróżniłam tyle miejsca, aby móc robić minimum 700 zdjęć. Zresetowałam umysł, przeczytałam rozpoczętą książkę, aby nie brać jej w podróż. Napisałam kilka artykułów i odstawiłam pisanie bloga na ponad tydzień. Przed samym wyjazdem zrobiłam sobie szybkie ombre w warunkach domowych. Chyba tego mi było trzeba. Najważniejsze to wyruszyć w podróż nie pytając siebie o zbędne rzeczy, być pozytywnie nastawiona i być pewną, że to podróż naszego życia. Naszego, a nie kogoś innego. 

W podróży poślubnej miałam wiele czasu dla siebie. a skoro miałam go aż tak wiele dla mnie, to też więcej dawałam innym. Uśmiechnięta, pachnąca, zadbana, a zarazem naturalna. Z wypuszczonymi włosami, nałożonym kapeluszem, raz pięknie pomalowana, a innym razem bez makijażu. Pierwsze dni, to głównie plażowanie i wypoczywanie w naszej willi, w której zresztą mogliśmy zażywać kąpieli w basenie, z ogródkiem pełnym pachnących róż i kwiatów. Zresztą, gdzie się nie ruszyłam, wszędzie towarzyszyły mi kwiaty, także już od śniadania włożone w wazonik przez mojego męża poprzez te napotkane na spacerze w choćby Costa Teguise (resortowej części wyspy). Wieczorem spędzaliśmy czas przy lampce dobrego wina miejscowego. Nie musiałam przez kilka dni kierować autem. Moim najlepszym sprzymierzeńcem okazało się słońce, dawno niezbrązowiała skóra nabrała nie tylko koloru, ale też blasku.





Uwielbiam żoną być!



magyar édességek - węgierskie słodkości

sobota, kwietnia 22, 2017

magyar édességek - węgierskie słodkości

Przyznam się Wam, że długo wystrzegałam się od stworzenia cyklu związanego z kuchnią węgierską, właściwie trochę na przekór temu, czego można byłoby się po moim blogu spodziewać. W końcu kto, jak kto, ale żona Madziara chyba powinna mieć taką rubrykę u siebie, a już na pewno musi dobrze gotować po węgiersku i wiedzieć co poleca swoim czytelnikom i znajomym z kuchni madziarskiej. A tutaj zonk. Tak już ze mną jest, że zwykle robię na opak i w najmniej oczekiwanym momencie potrafię zaskoczyć. Kilka lat wspólnego bycia i mieszkania w Irlandii Północnej z mężczyzną mojego życia, który prawie perfekcyjnie włada językiem polskim, mimo, że Polakiem nie jest, a do tego więcej wie o polskiej polityce i sporcie ode mnie, a co najważniejsze o smaku kuchni polskiej też wie już bardzo dużo i ją uwielbia. Tak więc gotuję Mu to, co polubił, a od czasu do czasu zrobię coś po węgiersku z ciekawości. Potem patrzę na Niego jaki jest uradowany, aż oczy Mu błyszczą. A ponieważ moje nowe potrawy muszą być perfekcyjne w smaku, robię to z gustem i okazjonalnie. Tak, aby smakowały również mi. W tym roku decyzja o świątecznym menu zapadła bardzo późno, ale mój plan był idealnym rozwiązaniem w związku z naszym wyjazdem poniedziałkowym na biesiadną część Świąt Wielkanocnych do Ards. Postanowiłam zatem przygotować w dużej mierze potrawy trwałe, które będziemy mogli ze sobą zabrać, jak również takie, które pozostawimy w lodówce do naszego powrotu. Jeśli chodzi o to, to trzeba stwierdzić, że kuchnia madziarska ma tę ogromną zaletę iż jest bardzo doprawiona i dzięki temu potrawy zachowują dodatkową ochronę przed wczesnym zepsuciem. Poza tym w kuchni węgierskiej pojawiają się upieczone ciasta z dodatkiem drożdży, które odpowiednio przechowywane mogą trochę poleżeć.

Kuchnia węgierska głównie kojarzy się z papryką w świeżej, peklowanej a także sypkiej formie. W wersji słodkiej przygotowałam też desery w postaci ciastek. Dzięki temu suchy, słodki prowiant mogliśmy zabrać ze sobą. Dwa dni przed Wielkanocą zrobiłam mężowi na imieniny tort Dobosza, o którego trwałości mogę już dzisiaj potwierdzić, gdyż trzy kawałki przechowaliśmy na nasz powrót do domu i było to sprawdzone dokładnie tak jak przekonują cukiernicy, a bynajmniej twórca tortu - 7 dni od wykonania. Kuchnia węgierska jest pachnąca, kolorowa, ciepła, mocna. Dzisiaj zapraszam na kruche wypieki, czyli świąteczne ciastka kifli, oraz kurtos kolac. One szczególnie dobrze smakują na ciepło. O ile wykonanie tych pierwszych - rogalików jest bardzo banalne, o tyle z tymi drugimi trzeba trochę się napracować, szczególnie na początku wypieku, bo później idzie już jak z płatka. Poza tym, chyba jak w przypadku wszystkich ciast drożdżowych warto pokusić się o taki wypiek, bo po prostu wychodzi tego całe mnóstwo i wystarczy na kilka dni dla wszystkich. Oczywiście dorzucam tutaj przepis na Dobos Torta, który pojawił się na blogu już przed świętami i szczególnie polecam go wszystkim, którzy po lekko słodkim cieście drożdżowym czują pewien niedosyt słodyczy. ;) Na dole artykułu znajdziecie też dodatek, który obok paschy twarogowej pojawił się u nas w domu i na wyjeździe na Wielkanoc, a jednak nie jest wyrobem węgierskim. Nasze lizaki-pisanki, o które zapytało parę osób z fan page'a to nic innego jak ciastka z serkiem homogenizowanym, obtoczone w białej czekoladzie, udekorowane posypką i nadziane na patyczki. Podobne robiłam na Halloween. Zapraszam za tydzień w kolejnym artykule będą dania węgierskie.


Kifli  - Rogaliki

To nic innego jak rogale drożdżowe, które można zwijać w różnoraki sposób. Zwykle na Węgrzech zwijane są bardzo cieniutko nawet kilka razy. W przypadku kifli z Węgier głównie chodzi o delikatną i kruchą wersję ciasta, którą uzyskuje się po kilkunastogodzinnym przechowywaniu w lodówce. Kifli zazwyczaj nadziane są dobrym dżemem owocowym, lub marmoladą. Gdy ciasto dobrze wyrośnie, wychodzi ich bardzo dużo. Są delikatne, kruche i pachnące, jak babcine rogaliki. Tych ciastek nie próbowałam ani na Słowacji, ani też na Węgrzech, za to mąż stwierdził, że te nasze domowe smakują tak samo, jak w kraju z którego pochodzą ;).


Składniki:

150 gram serka homogenizowanego
100 gram cukru pudru
dżem morelowy
cukier waniliowy
100 gram masła
20 gram drożdzy
100 ml mleka
500 gram mąki
3 żółtka
sół


Sposób wykonania:

1. Utrzeć żółtka z masłem, dodać serek, cukier waniliowy, sól i wymieszać. 
2. Odstawić w ciepłe miejsce na 15 min.
3. Do drugiej miski wsypać mąkę, 3 łyż. cukru pudru, drożdże. 
4. Zalać 3 łyżkami ciepłego mleka.
5. Zostawić do wyrośnięcia pod przykryciem na 10 min. 
6. Następnie dodać drugą masę i lekko wyrobić.
7. Dodać cukier puder, dobrze wyrobić. 
8. Może lekko przyklejać się do rąk. Podsypać mąką i odstawić.
9. Po 45 minutach ponownie wyrobić i podzielić na 4 części. 
10.Schować je na noc do lodówki.
11.Rano rozwałkować każdą część i na niej wycinać  koła z ciasta. 
12.Nadziewać dżemem. Zwinąć dowolnie.
13.Wstawić do piekarnika na 10 minut temp. 180 stopni. 
14.Dekorować mocno obsypując cukrem pudrem.


Kürtőskalács - Kurtosze

Niesamowite ciastka, które wyróżniają się wśród innych nie tylko kształtem, ale też zapachem i smakiem. Takie ciastko zjadłam po raz pierwszy na jarmarku w słowackim mieście Lewice. To już właściwie odpowiednie miejsce, gdzie można zasmakować tych najprawdziwszych, nawijanych na specjalne walce i wypiekanych przez rodowitych Węgrów żyjących na Słowacji. Wiem, że na południu Polski też można spotkać miejsca, gdzie ciastka kominowe robi się w oryginalny sposób. Przyznam się, że to nie są moje ulubione ciastka, gdyż nie są zbyt słodkie. Bardziej proponowałabym je jako suche drugie śniadanie, aniżeli jako deser. Dla mnie jedno takie ciastko to zbyt wiele na raz do zjedzenia. Natomiast w tym roku zrobiłam je specjalnie dla męża. Kurtosz zwykle smaruje się masłem i cukrem cynamonowym, lub można go udekorować po upieczeniu. Proponuję jednak dekorację przed pieczeniem, gdyż ciastka najlepiej smakują na gorąco. Ich zapach jest wyjątkowy. Na wierzchu są kruche a w środku mięciutkie, oto ich sekret. W warunkach domowych kurtosze zrobicie używając folii aluminiowej i czegoś co po upieczeniu łatwo jest usunąć ze środka ciastka. Rolki po papierze będą idealne.


Składniki:

500 gram mąki pszennej
80 gram roztopionego masła
3 łyżki cukru pudru
200 ml letniego mleka
1 łyż. cukru waniliowego
25 gram drożdży
2 jajka
sól

dekoracja:
3 łyż, rozpuszczonego masła
cukier zwykły lub trzcinowy
cynamon


Sposób wykonania:

1. Do miski wsypać mąkę i w środku zrobić dołek. 
2. Rozkruszyć drożdże, zasypać je cukrem i zalać 3 łyż. letniego mleka. 
3. Po 15 minutach dodać pozostałe składniki i wyrobić szybko ciasto.
4. Odstawić ciasto pod przykryciem na około jedną godzinę w ciepłe miejsce.
5. Wyjąć na stolnicę i wyrobić, a następnie podzielić na 12 do 14 części.
6. Każdą część zrolować na długi wałeczek i każdy lekko rozwałkować.
7. Powstałe paski posmarować na wierzchu masłem, można już udekorować.
8. Rozgrzać piekarnik na 190 stopni i przygotować w tym czasie wałeczki.
9. Rolek po papierze kuchennym, lub toaletowym obwinąć folią aluminiową.
10.Na każdą rolkę nawijać pasek ciasta w spiralkę dekoracją na wierzchu.
11.Wstawić na stojąco rolki z ciastem i piec około 15 minut, aż się zarumienią. 
12.Wyjmować od razu usuwając rolki ze środka i delikatnie wyjmując folię.



Dobos Torta - coś dla męża

piątek, kwietnia 14, 2017

Dobos Torta - coś dla męża


Przeprawiając się przez drogę przygotowań do Świąt Wielkanocnych, okazało się, że właśnie tuż przed nimi wypada dzień imienin mojego męża. Właściwie miałam już w zamyśle przygotowaną kulinarną niespodziankę dla Niego, jednak po szybkim zastanowieniu plan ten zbagatelizowałam, szczególnie, że zadecydowałam iż tegoroczna Wielkanoc w naszym domu będzie o smaku węgierskim, lub jak Kto woli Magyar konyha. Tak też poszłam dalej za swoim pomysłem i połączyłam smaki imieninowe z tymi planowanymi na święta. Mój mąż jest mile zaskoczony, że wreszcie uraczę Go w po madziarsku na świątecznym stole, bo przecież to również Jego rodzima kuchnia, która wraz ze słowacką podchodziła Mu bardzo szczególnie z mamy garnuszka do momentu, gdy przeprowadził się do Północnej Irlandii. Właściwie od chwili, gdy my zamieszkaliśmy razem w naszym domu królują jednak polskie potrawy, z domieszką innych głównie europejskich smaków, co nam bardzo odpowiada. Niekiedy zdarzy się przygotować coś słowackiego. Tak naprawdę kuchnię węgierską lubię i znam od lat, ponieważ często smakowałam jej w stołówce, gdzie pracowała moja ciocia. Odnoszę jednak wrażenie, że ta mocna kuchnia nie jest dla mnie stworzona ze względów zdrowotnych i dlatego staram się ją dla siebie i mojego dziecka 'załagadzać' nie doprawiając potraw zbyt mocno. Jeśli chodzi o imieniny, nie wyobrażam sobie ich bez torta i także w tym roku zdecydowałam się spróbować swoich sił w przygotowaniu kolejnego tortu. Tym razem przeznaczyłam na to naprawdę dużo czasu i nie żałuję. Aby zrozumieć dlaczego warto tak bardzo czasowo zaangażować się w wykonanie Dobos Torta (węg.), po prostu trzeba go spróbować w dobrej cukierni, np. Gerbaud, najlepszej w Budapeszcie. To chyba wystarczy w zupełności. Jednak dodatkowo przystępując do pracy związanej z jego dekoracją, dobrze jest poznać historię tego przysmaku, bo ta jest bardzo interesująca. Przyznam się Wam, że z kilkoma dłuższymi przerwami przygotowywałam go cały dzień, co jest naprawdę wyjątkowe w moim przypadku, bo zazwyczaj decyduję się na szybkie dania, nawet jeśli chodzi o desery. Dla mnie, żony solenizanta, efekt jest wart całej tej zabawy, szczególnie dlatego, bo ten słodki, piękny tort ponoć zachowuje swoją jakość przez około tydzień czasu. Sama jestem ciekawa, czy uda się zjeść cały tort nadziany tym sytym kremem w jeden dzień, Bo jeśli nie damy rady, to oby wytrzymał do Niedzieli Wielkanocnej :).



Tort Dobosza przygotowuje się z biszkoptowych ciast przełożonych kremem czekoladowym, a dodatkowo wierzchnia warstwa jest karmelowa. Tort ten powstał po raz pierwszy dzięki cukiernikowi Józefowi Dobosowi, który postanowił przygotować tort nie tylko smaczny, ale też trwały. Kiedyś furorę robił także w Austrii i w polskiej Galicji. Dziś ten tort uchodzi za jeden z najsłynniejszych na świecie i najlepszy na Węgrzech. Na czym polega ponadczasowość tego tortu? Przede wszystkim jest bardzo stabilny, dzięki wielu warstwom biszkoptu, a do tego nie wysycha na korpusie, polany karmelem. Smaczny! Możliwe, że nie proponuję Wam go na Święta, ale z pewnością polecam przygotować na imieniny, lub urodziny dla ukochanej osoby. Będziecie zachwyceni.

tradycyjna pascha wielkanocna Kuchnia Lidla

wtorek, kwietnia 11, 2017

tradycyjna pascha wielkanocna Kuchnia Lidla


Gdy tylko Słodka Kuchnia Lidla trafiła w moje ręce, wiedziałam od razu co z jej przepisów przygotuję. Pierwsze na myśl od razu przyszły mi Święta Wielkanocne i nowe, nieznane mi do tej pory przepisy na potrawy świąteczne. Oczywiście w naszej rodzinie wszyscy uwielbiamy sernik, i twarogu na czas świąteczny zabraknąć nie może. Przyznam się Wam, że wcześniej nigdy paschy wielkanocnej nie przyrządzałam, może dlatego, że kojarzyła mi się ona zawsze z bardzo słodkim deserem, który jest po prostu mdły. Jadłam dwa razy, kiedyś tam, paschę i oczarowana nie byłam. Teraz jest tak wielka różnorodność w przygotowywaniu tej potrawy, że naprawdę można sobie pozwolić na eksperymenty, wiele zmienić, udoskonalić dla swojego podniebienia. Kiedy jednak pierwszy raz przeczytałam przepis Kingi Paruzel i Jej propozycję podania paschy, wydał mi się tak idealny, że postanowiłam tę paschę po prostu zrobić. Najbardziej trafna okazała się nuta cytrusowa, która przełamuje tutaj przesłodki smak, i którą bardzo lubię. Deser powinien być formowany w wysokiej formie, lub doniczce, tak wygląda zgodnie z tradycją rosyjską. Poza tym pascha ma smakować bogato, i przywoływać myśl o powodzeniu. Warto deser pięknie udekorować, w końcu wraz z wiosną otrzymaliśmy taką kwiecistą możliwość. Moja pierwsza pascha została już zrobiona i zjedzona, a teraz jestem pewna, że ten deser warto ponownie przygotować, bo jest przesmaczny i syty. Jeśli jesteście ciekawi jak go zrobić zapraszam na stronkę Słodkiej Kuchni Lidla.


Tradycyjna pascha wielkanocna
jagodzianki Kuchnia Lidla

sobota, kwietnia 08, 2017

jagodzianki Kuchnia Lidla


Właściwie znów stało się tradycją, od czasu, gdy w mojej kuchni pojawiła się kolejna książka kucharska Lidl, że podrzucam mojemu mężowi do pracy małe, słodkie co nieco. Jest też taki dzień w tygodniu, kiedy On rozpoczyna swój maraton zawodowy i ja wówczas jestem już dobrze przygotowana. Z kolei weekend jest takim momentem, kiedy przygotowuję kolejną nowość dla naszych podniebień, zazwyczaj deser, lub ciasto. W ten sposób potrzeby wszystkich domowników na węglowodany zostają w pełni zaspokojone. Tym razem zapach drożdżowego ciasta unosił się w całym domu i przyciągnął wszystkich do kuchni. Drożdżówki na drugie śniadanie są najlepszą aromatyczną niespodzianką, wraz z promieniami wiosennego słońca. Przyznajcie się, na pewno zdarzyło się Wam jeść drożdżówkę jeszcze na ciepło? No tak, przecież nie będziemy czekać aż wystygną, a poza tym jest ich sporo, więc zostanie jeszcze kilka sztuk na potem. Dzisiaj podrzucam przepis na rozpływające się w ustach jagodzianki, które jak dla mnie najlepsze są bez polewy. Za to dla synka, na specjalne życzenie - maznęłam żółtym lukrem. Tak właśnie czekamy na Wielkanoc, a ja notuję listę potraw na świąteczny stół. Dodam tylko, że te jagodzianki są idealnie na piknik, lub jako prowiant podczas podróży. Jagodzianki wg Pawła Małeckiego - sposób wykonania. Smacznego!


jadąc na północ Lanzarote - Mirador del Rio

czwartek, kwietnia 06, 2017

jadąc na północ Lanzarote - Mirador del Rio

Lanzarote - afrykańska wyspa o powierzchni 845,9 km kw, należąca do Hiszpanii. Miejsce naszej podróży poślubnej, bardzo piękne i różnorodne. Powstała z wulkanu, jednak z nienaruszoną w pełni naturą, dopiero od kilku lat przyciąga nowych turystów. Na Lanzarote słońce świeci aż 330 dni w roku i głównie dlatego wybraliśmy ją na miejsce naszego wypoczynku i miłości w grudniu. Ta podróż okazała się dla nas idealna nie tylko ze względu na pogodę, przy której mogliśmy wygrzewać się na słońcu większą część dnia, lecz także z powodu całkiem przystępnej odległości, z Północnej Irlandii to 4 godziny lotu samolotem. Jak się okazało Lanzarote ma do zaoferowania niezrównanie piękne atrakcje powstałe naturalnie, nietknięte ręką człowieka, o których zobaczeniu wcześniej mogliśmy tylko pomarzyć. Tego, jakie wyspa wywarła na nas wrażenie nie sposób wyrazić słowami, po prostu trzeba tu powrócić. Nie dość, że mocno czuć tutaj klimat hiszpański jeśli chodzi o styl życia, i populację to jeszcze dodatkowo można poczuć się zupełnie jak w innym świecie.. Różne plaże, piękne odcienie nieba, i liczne wulkany. Mieszkając w jednej z centralnych dzielnic w wygodnej villi z basenem, tuż przy wybrzeżu Atlantyku, oraz przy jednym z najpiękniejszych deptaków mogliśmy praktycznie w kilkadziesiąt minut zasmakować właśnie takich niebywałych doznań -jadąc na północ lub na południe Lanzarote. Odległości zdecydowanie przemawiają za tym, aby po dwóch, trzech dniach lenistwa plażowego wsiąść w auto i po prostu dotrzeć do celu. Tym razem spędzaliśmy większą część dnia w głównym mieście Wyspy na Arrecife, a stąd już czekała nas całkiem przyjemna trasa ku najpiękniejszemu zachodowi słońca jaki kiedykolwiek widziałam... Jakoś tak wzbranialiśmy się przed wypożyczeniem auta do ostatniej chwili, aby te wakacje jak najbardziej nietknięte były tym, co na co dzień mamy. Na Lanzarote wylecieliśmy praktycznie odcięci od świata, i wszystkie sprawy zostawiliśmy daleko w NI, bez laptopa, prawie w ogóle nie włączając tv, a także bez konkretnego planu na wynajem auta. Dopiero będąc tam, westchnęliśmy: Ah jaka ta Wyspa jest piękna! Trzy ostatnie dni to było szybkie wypożyczenie auta i objazd Lanzarote. Raz przeznaczyliśmy na to cały dzień a dwa razy dopiero czas od popołudnia. Ponoć to, co najpiękniejsze na Lanzarote można zobaczyć na południu El Golfo (to w kolejnym artykule) oraz na Północy punkt widokowy Mirador del Rio. Dzisiaj zabieram Was na wycieczkę w kierunku północnym. Mirador del Rio, to nie tylko punkt widokowy, który stał się celem naszej podróży, lecz także cała okolica, i to co znajduje się po drodze. Niektóre centralne punkty warto pozostawić na inne dni zwiedzania. Na odwiedziny południowych atrakcji polecam przeznaczyć cały dzień, bo jest ich po prostu więcej. Jak dla mnie potwierdza się powiedzenie więcej, nie znaczy lepiej, i tak właśnie zakątki szczytowe Lanzarote są dla mnie niezrównanie atrakcyjne. Jadąc na północ..

Zanim jednak opowiem o tym najpiękniejszym, nie sposób pominąć wszystkich napotkanych w kierunku Mirador del Rio miejsc. Zmierzając w górę wyspy zobaczycie kilka sporych rozmiarów wygasłych wulkanów i charakterystyczny rdzawo brązowy odcień, który przepięknie kontrastuje z błękitem nieba. My postanowiliśmy przystanąć, aby zachować kilka ujęć tych pięknych widoków, dawnych wulkanów, po większości których pozostał tylko ślad i nazwa nadana każdemu z nich. Na Lanzarote wulkanów jest aż 300, z czego niektóre uaktywniły się jakieś 100 lat temu podczas trzęsienia ziemi zalewając niektóre wioski lawą. Jeśli mówimy o wulkanach, to najwłaściwszym ich zobrazowaniem jest jednak południowo-zachodnia część Lanzarote, a w szczególności Park Timafaya, który najlepiej przejść w odrębnym dniu. Tutaj na północy znajdziemy kartery w otoczeniu roślinności z powodu bardziej wilgotnego klimatu niż ten na południu.

Oczywiście w naszym planie zwiedzania nie zabrakło miłych przystanków wśród kwiatów. Niewątpliwie w Hiszpanii należą do nich kaktusy, a najbardziej znanym ogrodem, w którym zatrzymaliśmy się w miejscowości Guatiza jest Jardin de Cactus. Ogród kaktusów przyciąga dobrym usytuowaniem dla podróżujących jeszcze wyżej. Sama atrakcja rozmiarowo do największych nie należy, oczywiście nie licząc kaktusów olbrzymów, które można zobaczyć właśnie tu. Choć jak dobrze się przyjrzycie, dostrzeżecie też malutkie dwu-trzy centymetrowe okazy. Jest tutaj aż 9700 sadzonek kaktusów, a na samym wjeździe zobaczycie duże plantacje opuncji dające owoce. Poza tym dzięki żerowaniu na nich specjalnego gatunku wszy sprowadzonej z Meksyku, której larwy dostarczają kwasu karminowego (ten jest naturalnym drogim barwnikiem) wykorzystywane są w przemyśle. Jakby tego było mało, miejsce jest urokliwe i specjalnie tarasowo zaprojektowane na dawnej żwirowni przez Cesara Manrique. Kaktusy są w ogrodzie rozplanowane piętrami, w zależności od wielkości, długości kolców. Sprowadzone z różnych zakątków świata, na powierzchni 500 m kw. stanowią odrobinę roślinności na tej wulkanicznej wyspie. W ogrodzie botanicznym byliśmy naprawdę krótko i udało nam się zrobić kilka zdjęć. Wstęp jest płatny.




Kiedy już wypoczęliśmy w pełnym słońcu wśród zielonych kaktusów, przyszło nam trochę ochłonąć. Intensywny, choć krótki deszcz sprawił, że nie zdecydowaliśmy się wchodzić do wszystkich zakamarków skalnych w kolejnym ciekawym miejscu Lanzarote. Właściwie jaskinie to zupełnie nie moje klimaty, skoro jednak mój mąż pozostawał zainteresowany zobaczeniem takich mrocznych zamkniętych pomieszczeń to ja pozostałam głównie z kilkoma zdjęciami uwieczniającymi deszcz przy wejściu do jaskiń. Jamenos del Aqua i Cueva de Los Verdes są to miejsca, gdzie przygotowano sale koncertowe, taneczne, restauracje, oraz muzeum wulkanologii. Przez naukowców nazywane są jaskiniami sekretów, bo ponoć ich głębokość (ponad 50 m p.p.m) tak naprawdę nie została zbadana. Liczne rozgałęzienia ciągną się od wulkanu La Corona przez około sześć kilometrów, aż do Oceanu Atlantyckiego. Z kolei ciekawostką jest też to, że w sali koncertowej nie występują zniekształcenia głosu. Z tego też powodu sławni muzycy dokonują tutaj nagrań. Po krótkim, acz ulewnym oczekiwaniu na męża oraz spacerze przy drugiej części jaskiń wyruszyliśmy w dalszą drogę. Wejścia są płatne.
Jadąc serpentynami w już powoli zachodzącym słońcu, zmierzamy do najpiękniejszego widowiska Lanzarote. Miejsce Mirador del Rio na zawsze pozostanie w sercach naszej trójeczki. Także Alexander pokochał to urwisko, które zabezpieczone po wcześniejszym posterunku artylerii dziś stanowi punkt widokowy ograniczony szklaną kopułą w najbardziej wysuniętym na północ miejscu, mieszcząc w sobie kawiarnię i sklep z pamiątkami rękodzielniczymi, skąd zakupiliśmy biżuterię na rocznicę ślubu. Z kolei najwyżej osadzony punkt (479 m n.p.m.) ograniczony został balustradą, tak, aby móc zobaczyć tylko niebo i ocean, oraz małą wysepkę La Graciosa (zamieszkałą przez zaledwie 600 osób) wraz z podpływającymi łodziami. Weźcie ze sobą kamerę, a na pewno dobry aparat, bo takich widoków prędko nie zobaczycie. Spektakularna panorama powstaje w wyniku przesuwających się chmur i zachodzącego słońca. Przy dobrej widoczności dostrzeżecie też naturalną lagunę - Salinas i ocean z której uzyskuje się sól w wyniku wyparowania wody w ziemistych szachownicach powstaje sól.  Miejsce jest wietrzne i warto zaopatrzyć się w cieplejsze odzienie. Zapłacicie także tutaj.




W rejonie północnym można znaleźć jeszcze inne atrakcje. m. in. Dolinę Tysiąca Palm w Harii, gdzie ponoć po urodzeniu dziewczynki sadzono jedną palmę, a po urodzeniu chłopca aż dwie. Poza tym jest tutaj Muzeum Miniatur, a także Cesar Manrique House Museum, dom wraz z dziełami projektanta. Dla zainteresowanych, przyjazny link z voucherem umożliwiającym atrakcyjny zakup biletów.



Znajdziesz mnie tutaj

Copyright © 2017 weekendownik